Jankowi Sarnie

No więc doszliśmy ostatnio do punktu, w którym zwolennicy tezy o zbawieniu rodzaju ludzkiego przez brodatego cieślę przejęli władzę nad aparatem biurokratycznym upadającego Cesarstwa, rozdzielając między zwolenników bardzo dobrej zmiany (#imperiumwruinie) nowo tworzone stanowiska urzędnicze. Rzecznicy kurii biskupich otrzymywali najwyższe odznaczenia z rąk cesarzy, a na głównych placach Rzymu odbywały się apele poległych, zwane w tych niesłusznych czasach litaniami do męczenników.

Początek końca pogaństwa i koniec początku chrześcijaństwa

Na początku IV wieku twardoręki cesarz Dioklecjan zarządził oczyszczenie cesarstwa z religii chrześcijańskiej. Miało się to dokonać przez zniszczenie miejsc kultu i ksiąg chrześcijańskich. Okazało się jednak, że prześladowania zarządzone przez Dioklecjana były przykrym dla chrześcijan początkiem końca ery pogańskiej. W 311 roku następca Dioklecjana Konstantyn wraz ze swoim kolegą Licyniuszem wydaje edykt, w którym zapewnia wszystkim religiom, w tym chrześcijańskiej pełną swobodę sprawowania kultu, tak aby nie zrażać do władzy cesarskiej żadnego z czczonych przez ludzi bogów, narażając się w ten sposób na jego nieprzychylność. Współrządcy postanawiają:

[…] przyznać chrześcijanom oraz wszystkim innym wolny wybór wyznawania religii, jaką by chcieli, by boskie i niebiańskie Istoty, jakie by tylko były, łaskawe być mogły Nam i wszystkim Naszym poddanym. Tak więc w zbawiennym i najszczerszym przekonaniu wyraziliśmy wolę Naszą, by nikomu zgoła nie odmawiano swobody wykonywania i wybrania religii czy wyznania chrześcijańskiego oraz by każdemu przyznano prawo zwrócenia serca swego do tej religii, jaką sam dla siebie uważa za najodpowiedniejszą, a Bóstwo Nam użyczyć mogło łaskawej Swej opieki i życzliwości.

Bóstwo (divinitas) to swego rodzaju nazwa zbiorowa, którą Rzymianie IV wieku określali dobroczynną sferę tego, co może strzelić piorunem, albo zesłać zarazę.

Zaczęło się zatem liberalnie, od ogłoszenia swobody kultu dla wszystkich wspólnot religijnych. Wkrótce jednak okazało się, że tam gdzie chrześcijanie zobaczyli prostą za zakrętem prześladowań, tam dla pogan zaczął się początek końca. Konstantynowi, który musiał walczyć o władzę o czterema innymi kandydatami do stolca imperialnego, przyśniło się, że na niebie pojawił się krzyż z podpisem “ Τούτῳ Νίκα!” to znaczy: “Tym zwyciężaj!”, a ponieważ wizja miała miejsce w momencie wielkiego napięcia związanego ze zbrojną rozprawą z wojskami niejakiego Maksencjusza, doprowadziło to do gwałtownych i nieodwracalnych zmian w osobowości przyszłego Cesarza, które określa się za zwyczaj mianem “nawrócenia”. Nie od razu Konstantyn stał się dewotem. Do roku 320 na monetach z podobizną cesarza widnieją symbole pogańskie w postaci Jowisza albo tzw. Słońca Niezwyciężonego (Sol invictus) będącego wśród ówczesnych pogan ostatnim krzykiem mody religijnej, a którego kult przejął Konstantyn od swojego ojca Konstancjusza, którego być może ze względu na zamiłowanie do wina nazywano Chlorusem.

Konstantyn po lewej, a Słońce Niezwyciężone po prawej (320 rok)

Dopiero po roku 325 pojawiają się monety, na których na rewersie facjaty Konstantyna pojawia się symbol Chi Ro złożony z tych właśnie dwóch greckich liter, a który był hakerskim akronimem słowa “Chrystus”.

Konstantyn w diademie po lewej, Chi Ro poskramiające węża po prawej (rok 327)

Dla chrześcijan zaczęły się złote czasy. Konstantyn, gdyby został świętym Kościoła Katolickiego, a nie tylko Prawosławnego, mógłby z pewnością być patronem biurokracji. Natworzył taką ilość urzędów, że odtąd zatarły się wszelkie różnice w statusie społecznym między członkami starych zgniłych łżeelit pogańskich, a nowopowstającym biurokratycznym Bizancjum, które nota bene Konstantym odbudował i któremu, kierując się typowo chrześcijańską pokorą, nadał imię Konstantinopolis, czyli miasta Konstantyna. Na nowo tworzonych synekurach osadzić można było kogokolwiek, ale skoro sam Pan Cysorz był chrześcijaninem, to każdy gładko ogolony urzędniczyna musiał dostrzegać swój dobrze rozumiany interes w ochrzczeniu siebie i swojej rodziny, co mogło znacząco zwiększyć szanse na dopchanie się do intensywnie rozbudowywanego, ale przecież mającego ograniczoną pojemność koryta (“Król tańczy, tańczą i dworzanie”). Tak to rozpoczął się proces chrystianizacji tych grup społecznych, które do tej pory stały twardo przy dojnym cycu cesarzy pogańskich, a że tego rodzaju ludzkie bezkręgowce stanowią w społeczeństwach zasadniczy trzon populacji, odsetek chrześcijan w społeczeństwie rzymskim wzrósł od około 9% w roku 300 do około 80% procent w roku 380.

Uporządkowanie spraw spadkowych — christian way

Konstantyn umarł w 337 roku. Tuż przed śmiercią kazał się ochrzcić. Dlaczego dopiero wtedy? Ano dlatego, że w tych nieznających spowiedzi czasach chrzczono się tuż przed śmiercią, żeby w ten sposób zmyć z siebie wszelkie winy, które mogłyby zamknąć nieboszczykowi drogę do raju. Ostrożność cesarza łatwo zrozumieć, jeśli się weźmie pod uwagę fakt, że na rok przed własną śmiercią zdążył on jeszcze skazać na śmierć własnego syna Kryspusa (326 r.)

Po śmierci Konstantyna władzę przejęli trzej pozostali synowie, którym, zapewne ze złośliwości wobec przyszłych adeptów studiów historycznych, nadał podobnie brzmiące imiona: Konstantyna, Konstancjusza i Konstansa. Mnemotechnicznie zawiła sytuacja pogorszy się jeszcze, gdy uświadomimy sobie, że Konstantyn W. miał jeszcze przyrodniego brata Juliusza Konstantyna, a ten z kolei miał syna Konstancjusza Gallusa. Ten ostatni miał jednego jedynego przyrodniego brata, który nie miał ani na imię, ani na zwisko Konstantyn. Bóg, który pragnął być może w ten sposób okazać litość wobec hipokampów przyszłych studentów Historii, tego właśnie bratanka wybrał sobie na kolejnego cesarza. Zresztą już wcześniej syn Konstantyna Konstancjusz II przerzedził zastępy ludzi, których imiona zaczynały się na “Konstan” wymordowując niemal całą swoją rodzinę likwidując w ten sposób homonimiczny bałagan wokół cesarskiego tronu.

Konstancjusz II — człowiek, który mocno przerzedził swoją rodzinę, ze szczególnym uwzględnieniem mężczyzn, których imiona zaczynały się na “Konstan”

Uporządkowawszy w ten sposób sprawy rodzinne Konstancjusz umarł, a jego następcą został Julian, którego przyszłe pokolenia będą znały jako Odstępcę.

Wystąpienie Apostaty

Nie bardzo wiadomo jakie względy oprócz niechęci do przedrostka “Konstan-” mogły skłonić Konstancjusza do przekazania korony cesarskiej młodemu człowiekowi, którego jeszcze kilka lat wcześniej kazał uwięzić w Kapadockiej miejscowości o uroczej, ale raczej niezbyt dobrze wróżącej przyszłemu Apostacie nazwie Macellum (łac. Rzeźnia, Jatka). Po trwających siedem lat wakacjach w Rzeźni Juliana zwolniono i pozwolono mu na podjęcie studiów filozoficznych, które odbywał pod okiem neoplatoników z tzw. szkoły syryjskiej. W 354 roku, po straceniu Kanstancjusza Gallusa przywołano Juliana do stolicy jako podejrzanego o współudział w spisku, za którego organizację stracony został Gallus.

Julian zwany w dalszym ciągu dziejów Apostatą

Po półrocznym oczekiwania na audiencję lub egzekucję, dano chłopakowi szansę na usprawiedliwienie się przed cesarzem. Julian został zwolniony i znowu mógł powrócić na studia w Antiochii, tutaj uczył się u słynnego mówcy Libaniusza. Potem kontynuował naukę w Atenach. Tam zasiadał w jednej szkolnej ławie z dwoma przyszłymi Ojcami kapadockimi: Bazylim Wielkim i Grzegorzem z Nazjanzu. Ten ostatni po latach dał niezbyt pochlebny, bo ukazujący Juliana jako świrusa, portret przyszłego (w chwili kreślenia portretu już przeszłego) władcy Imperium:

Niczego dobrego nie zapowiadał, jak mi się zdawało, jego chwiejny kark, ramiona niespokojne i rozchwiane, spojrzenie maniackie, chód niestały i niepewny, nos tchnący zuchwałością i wzgardą, wyraz twarzy śmieszny i to samo wyrażający, śmiech niepohamowany i roztrzęsiony, ruchy głowy przytakujące i zaprzeczające bez sensu, mowa hamowana i zadyszana, pytania bezładne i bez zastanowienia, odpowiedzi nie lepsze, jedne na drugie się tłoczące, niekonsekwentne, nie trzymające się naukowego porządku [Grzegorz z Nazjanzu, Mowy V 23]

Iluż to takich filozoficznych Wojtków znałem… [przyp. —Filozoficzny Wojtek — postać na poły legendarna, student Filozofii na Uniwersytecie Opolskim, poeta, kulturysta i, zapewne dla upamiętnienia ojca Konstantyna Wielkiego, prawdziwy Chlorus].

Z Aten powołany został Julian na dwór cesarski do Mediolanu. Przyjął z rąk cesarza, który właśnie stablilizował sytuację na Bliskim Wschodzie (tak jest — to się nie udaje od 2000 lat!), misję odbicia Galii z rąk barbarzyńskich. Dał radę! Początkowo przeistaczanie ekscentrycznego intelektualisty w żołnierza przychodziło niejaką trudnością. Trenując jazdę konną, miał podobno wołać:

Platonie! Platonie! Włożono siodło na wołu!

Potem jednak wygrywał bitwy, zdobywał miasta — szło mu to zadziwiająco dobrze. Stał się przy okazji jednym z pierwszych wielbicieli uroków Lutecji Paryzów, która jakiś czas później będzie nosiła dumne i ubrane w zwiewną haleczkę imię Paryża. Tam też w roku 361 wojsko obwołało Juliana Imperatorem, którym pozostał do śmierci, która nastąpiła w roku 363, gdy Julian miał zaledwie 32 lata. Te dwa lata rządów zapamiętali sobie chrześcijanie na zawsze. Okazało się, że Julian postanowił zawrócić chrześcijańską Wisłę pogańskim kijem.

Zaprzaniec

Julian (podobnie jak bliźniaczy świr zasiadający 2000 lat przed min na tronie Egiptu Amenhotep IV zwany pod pseudonimem Echnatona, o którym pewnie kiedyś napiszę) oddawał cześć religijną Słońcu:

Od dzieciństwa żywiłem głęboką miłość do promieni boskiej gwiazdy, podnosiłem swego ducha ku eterycznemu światłu, i o ile niebo było pogodne i czyste, rzucałem wszystko, by iść podziwiać jego piękność. Pogrążony w tej kontemplacji, nie słyszałem, co do mnie mówiono i traciłem świadomość samego siebie [Julian Apostata, Mowa na cześć Heliosa].

O potajemnym nawróceniu na wiarę pogańskich ojców wiedziało tylko kilku przyjaciół. Julian miał podobno płakać na wieść o burzeniu świątyń pogańskich. Potajemnie składał ofiary na “łaknących krwi” ołtarzach bogów i karmił w sobie nienawiść do “Galilejczyków”, jak z pogardą określał chrześcijan. Religią, którą chce zaszczepić w mieszkańcach Imperium nie jest już jednak starym politeizmem. To raczej rodzaj neoplatońskiego monoteizmu, którego centralnym elementem jest wizja Słońca niezwyciężonego, z którego emanuje poznawalny kosmos, Helios umysłowy, inteligibilny kosmos i takie tam…

Sami rozumiecie, że to wszystko nie mogło wzbudzić sympatii wśród chrześcijan, którymi Julian pogardzał, ale od których nie mógł się już niestety opędzić. Walczył z nimi nie tylko dekretami, które nakazywały tolerancję religijną wobec pogan i ustanawiały hierarchiczny porządek Kościoła Słońca, stanowiący lustrzane odbicie hierarchii Kościoła Katolickiego. Daremna walka z bezczelnym i pewnym siebie przeciwnikiem wywołała w nim rozgoryczenie i kazała mu zaprząc osobistą ekscentryczność do roli broni ideologicznej.

Brodą w chrześcijan

Pod koniec krótkiego życia, na pół roku przed śmiercią, napisał Julian swój najsłynniejszy utwór: Nieprzyjaciela brody, zwanego też, od miejsca powstania, Mową Antiochejską. W mowie tej zdejmuje on maską platonika i odwołuje się do tradycji cynizmu, którą stara się spożytkować jako broń przeciwko dominacji wierzących w “ukrzyżowanego sofistę” fanatyków. Symbolem tej walki jest zawszona broda cesarza odstępcy:

[…] jak gdyby zwykła długość mej brody nie wystarczała, na dodatek i ma głowa jest rozczochrana i rzadko włosy me ścinam, takoż i paznokcie, zaś palce mam ciągle niemal całe czarne od częstego używania pióra. A jeśli chcielibyście dowiedzieć się czegoś, co zwykle jest tajemnicą, także ma pierś jest kudłata i cała pokryta włosami, jak piersi lwów, które monarchami są między dzikimi bestiami, tak jak i ja [jestem monarchą] i nigdy w mym życiu nie wygładziłem mej piersi, taki jestem sczezły i obskurny; nigdy też żadnej innej części ciała mego nie ogoliłem i nie wypielęgnowałem.

Julian otoczony przez żądnych życia i użycia chrześcijan, którzy przecież wraz z chrztem nie odmienili swojego świeckiego trybu życia, staje się kontrkulturowcem, który pogardza wszelkimi rozrywkami, jakim oddaje się teraz już chrześcijańska tłuszcza:

Nie jestem wcale kontent mając swe ciało w takim chropawym stanie, lecz zaprawdę, styl życia, jakiemu hołduję, jest rzeczywiście wielce rygorystyczny. Sam wygnałem się z teatrów, takim jestem idiotą!

Wobec kibiców FC Antiochii i Realu Konstantynopol stwierdza, że nienawidzi sportu:

[…] ja w ogóle NIENAWIDZĘ wyścigów konnych, tak jak dłużnik nienawidzi rynku. Dlatego tak rzadko asystuję w wyścigach, wówczas jedynie, gdy trwają igrzyska ku czci bogów, a i wtedy nie zostaję na nich całego dnia, tak jak zwykł czynić to mój kuzyn, mój wuj, brat i syn mego ojca. Sześć wyścigów to wszystko, co oglądam i zadowolony jestem, gdy mogę się stamtąd ulotnić.

W swoim ekscentryzmie posuwa się tak daleko, że powstrzymuje się od jedzenia i nigdy nie zjada takiej ilości jedzenia, która wymagałaby puszczenia cesarskiego pawia:

[…] dzieciństwie ukazała się mi tajemnicza i bezrozumna zjawa, która namówiła mnie do wypowiedzenia wojny przeciwko własnemu żołądkowi, tak więc nie pozwalam mu napełniać się olbrzymią masą pożywienia. Z powodu tego zdarzenia jest mi zaprawdę niezwykłe wymiotowanie własnym pokarmem.

No takiego ekscentryzmu, chrześcijanie nie mogli mu puścić płazem. Wiedział o tym i pisał:

„Cóż z tego?” — odpowiadacie — „Czyż naprawdę sądziłeś, że twe gburowate maniery i dzikie i niezdarne zachowanie współgrać by mogły z naszymi?” 
O! Najbardziej głupi i kłótliwi z ludzi! Tak bezsensowna i żałosna jest ta karłowatość waszych dusz, którą to ludzie niskiego ducha zwą „Powściągliwością” Czy naprawdę któryś z was myślał, że powinnością waszą będzie ukrycie się pod maską wstrzemięźliwości?

Julian nie mógł się pogodzić z tymi, wśród których przyszło mu żyć. Ktoś tutaj musiał odejść i nie byli to, jak wiemy, chrześcijanie:

[…] odkąd długość mej brody jest dla was wielce denerwująca i me nieuczesane loki i fakt, że nie przywiązuję wagi do pojawiania się w teatrach i że wymagam od ludzi czci, gdy są w świątyniach, ale najbardziej denerwuje was moja stała obecność na rozprawach sądowych i fakt, że próbuję wygnać zachłanność z placów handlowych. Dlatego z chęcią opuszczam to miasto, zostawiając je wam samym. Ponieważ zmiana przyzwyczajeń dla człowieka w podeszłym wieku nie jest łatwa, tak jak i ucieczka przeznaczeniu.

Przeznaczenie dopadło go 26 czerwca tego samego roku, podczas potyczki z Persami nad brzegami Tygrysu. Julian, który nazbyt przykozaczył i rzucił się w wir walki bez pancerza, został trafiony “nie wiadomo skąd rzuconą” włócznią. Krąży wśród chrześcijan legenda, zgodnie z którą cesarz miał przed śmiercią powiedzieć: “Zwyciężyłeś Galiliejczyku”, utępując w ten sposób miejsca nowej religii i uznając się za pokonanego w pojedynku na dogmaty. Taką plotę puścił sto lat po śmierci Juliana Teodoret z Cyru. Na szczęście jednak posiadamy źródło znacznie w tej materii wiarygodniejsze. Są nim Dzieje rzymskie Ammianusa Marcelinusa — historyka, który towarzyszył Julianowi podczas wyprawy, a może i był obecny przy jego śmierci. Ów Ammianus przytacza w swoim dziele ostatnią mowę Juliana wygłoszoną nad swoim własnym ciałem/grobem. Mowa jest spokojna i pełna światła — godna filozofa. Oto jej początek:

Nadszedł teraz, moim współtowarzysze, czas odejścia ze świata, i to bardzo stosowny. Jako wiarygodny dłużnik oddam swoje życie naturze, która domaga się jego zwrotu, i czynię to z radością. Nie jestem — jak sądzą niektórzy — przygnębiony i zmartwiony. na podstawie powszechnego sądu filozofów wiem dobrze, o ile większym dobrem jest dusza niż ciało. Myślę, że ilekroć następuje oddzielenie się stanu lepszego od gorszego, należy raczej cieszyć się, niż ubolewać.

Miał zatem Julian jaja, ale miał też swoich naśladowców. Oni to w ciągu ostatnich dwóch tysięcy lat z pogardą i niechęcią spoglądali chrześcijańskie korzenie Europy, które wyrosły na trupie Apostaty. Jednym z nich był nasz kolega Janek Sarna, który opuścił nas już dziesięć lat temu, a któremu dedykowałem tę brodatą trylogię. To, co po nim pozostało, spoczywa na cmentarzu parafialnym w Makowie Podhalańskim, a on sam… kto to może wiedzieć. Rok przed śmiercią poprosił mnie o opublikowanie na łamach świeżo powstałego portalu Racjonalista.pl swojego Testamentu. Ten właśnie wierszyk zostawiłem na koniec:

Niech nad mym grobem oszust czarny
 Nie wznosi w niebo swoich dłoni
 Na nic mi jego obrzęd marny
 Gdy mnie na wieczność ziemia wchłonie

Nic mi martwemu z pustych zwrotów
 Obłudnych próśb i modłów płatnych
 Faryzeusza, który gotów
 Wziąć od biedaka grosz ostatni

Niech mnie nie żegna świątobliwy
 Wilk przyodziany owczą skórą
 Przejrzałem jego serce chciwe
 I myśli podłe pod tonsurą

Nie wskrzeszą mnie nabożne gesty
 Ani organów głośne granie
 Liść mnie pożegna swym szelestem
 I gwiazd odległych migotanie

Szum lasu niech mi towarzyszy
 I pieśń srebrzysta górskiej rzeki
 Gdy w wiekuistej spocznę ciszy
 Śniąc Wysp Szczęśliwych świat daleki.

Ciao!

I jeszcze graficzna identyfikacja Janka.

Janek w centrum wydarzeń związanych z otwarciem kierunku Filozofia na Uniwersytecie Opolskim

PS: Nie zapomnijcie zalajkować wzgl. zahejtować.

Share This