Ciągle gdzieś tam o TYM wspominam, robię wtręty i zaznaczam, że COŚ tam jeszcze mam. Czas rzucić myśl otwarcie. Chodzi o pewną moją poboczną hipotezę dotyczącą źródeł naszej fascynacji psychopatami, takimi jak dr House MD, Dexter, Machiavelli, Robespierre czy dr Hannibal Lecter. Oto moja ryzykowna odpowiedź na pytanie: Co nas pociąga w psychopatach?

Za parę dni wyjdzie z druku moja książka o cynizmie. Na pomysł zajmowania się cynizmem wpadłem, prowadząc zajęcia z filozofii na Pedagogice. Był to rok 2013. Miałem dziwny start semestru zimowego. Na każdych zajęciach zaczynałem on monologu pt. Ja was tu tylko omamiam jakąś bezsensowną paplaniną o filozofii. Wszystko to ściema i pierdzielenie od rzeczy dla naiwniaków. Potem kiedy zaczynała się dyskusja i jakaś studentka wspomniała o szczęściu albo sensie życia, odparowywałem uwagami w rodzaju: „Szczęście jest dla ludzi słabych, którzy nie czują się na siłach stawić czoła prawdziwym wyzwaniom!” albo: „Sensu życia szukają tylko rozbebłani mazgaje, którzy sami nie potrafią robić nic sensownego”. Ku mojemu zaskoczeniu wywoływało to bardzo zażarte dyskusje, a zajęcia prowadziły się same. Przestałem mieć myśli samobójcze po 30 minutach i przestałem gasić światło, żeby uwolnić się od widoku żaczych facjat. Coś zadziałało.

Ktoś inny mógłby się po prostu ucieszyć, że zajęcia przyjęły przyjemniejszy obrót. Nie ja. Ja z wrodzonym sobie fatalizmem zacząłem zachodzić w głowę, jak to się stało, że moja dydaktyczna niedola się skończyła. Skoro świat jest piekłem, myślałem z właściwym sobie optymizmem, to dlaczego zamiast dalej cierpieć konwersatoryjne katusze, mogę sobie spokojnie pogadać ze studentami. Dlaczego do jasnej ciasnej przestałem się męczyć na zajęciach? Nie dawało mi to spokoju. Każdą kroplę spokoju ducha darowaną mi przez udane zajęcia marnowałem na rozdzierające płaty mózgowe rozmyślania. Co poszło tak!

Jestem człowiekiem dziwnym. Są ludzie, którzy wzruszają się filmach o miłości. Albo np. na widok wiosennych kwiatów. Mnie wzruszają teksty filozoficzne. Ale nie wszystkie. Pamiętam jak którejś wigili, pewnie z 15 lat temu, zabrałem się za czytanie Platońskiego Państwa. Czytam, czytam, a tu nagle jak mnie nie pierdziolnie w łeb taki fragment: 

Ja twierdzę, że to, co sprawiedliwe, to nic innego, jak tylko to, co leży w interesie mocniejszego […] człowiek sprawiedliwy wszędzie ma mniej niż niesprawiedliwy. Najpierw w interesach, w spółkach. Gdziekolwiek się taki jeden z drugim zwiąże, to przy rozwiązaniu spółki nigdy nie znajdziesz, żeby sprawiedliwy miał z niej więcej niż niesprawiedliwy. A następnie w stosunku do państwa, kiedy chodzi o podatki, to z jednakich dochodów sprawiedliwy wpłaca więcej, a niesprawiedliwy mniej. A jak można coś dostać, to ten nie dostaje nic, a tamten zyskuje grubo. A znowu jak jakiś publiczny urząd spełnia jeden i drugi, to dla sprawiedliwego jest kara – jeżeli już nie inna, to ta, że jego własne gospodarstwo schodzi przy tym na psy, bo on nie ma czasu dbać o nie, a z publicznego grosza takiemu nic nie przyjdzie, bo on jest sprawiedliwy, a oprócz tego jeszcze zaczynają go nienawidzić krewni i znajomi, kiedy im nie chce oddawać żadnych przysług wbrew sprawiedliwości. A u niesprawiedliwego wprost przeciwnie. Ja mówię o tym, o którym przed chwilą mówiłem, o takim, co grubo potrafi pamiętać o sobie. Ty na takiego patrz, jeżeli chcesz ocenić, o ile lepiej człowiek wychodzi w swoich prywatnych sprawach na niesprawiedliwości niż na sprawiedliwości.

Mówi to Tarazymach. Sofista, który postanowił przeszkodzić podlizującym się sobie nawzajem kolejnymi świętoszkowatymi definicjami sprawiedliwości rozmówcom Sekratesa. Za słodko mu było od tych wszystkich: „Masz rację Sokratesie!”, „Jakże by nie Polemarchu?!” i „Mądrześ powiedział Kefalosie”. Za słodko do porzygania. Tego, co wyżej mu nie wystarczyło. Kiedy Sokrates zaczął mu biadolić, że politycy dbają o swoich poddanych jak pasterze o swoje owce, albo jak lekarze o swoich pacjentów wygarnął mu taką refleksję:

Bo tobie się zdaje, że pasterze owiec i krów mają na oku dobro owiec i krów i tuczą je, i chodzą koło nich, mając na oku coś innego niż dobro swoich panów i własne, i tak samo ci, co rządzą w państwach, którzy naprawdę rządzą, myślisz, że jakoś inaczej się odnoszą do rządzonych niż jak do owiec i o czymś innym myślą nocą i dniem, jak nie o tym, skąd by wyciągnąć jak największą korzyść dla siebie

Tutaj dosłownie przeszły mnie ciarki. Pamiętam ten wieczór jak dzisiaj. 
Zbierałem swój mózg z podłogi. Ale dlaczego? Co dało taki mind blowing effect? 

Po jakimś czasie zrozumiałem. Ale zanim o tym…

Słyszeliście kiedyś o psychopatach? Podobno bardzo zabawnie się z nimi rozmawia. Człowiek po półgodzinnej pogawędce ma ochotę się wykąpać i wypić pół litra. „Ale Niezbity Psie – powiecie – ja zawsze piję po półgodzinnej pogawędce. Skąd mam wiedzieć, że gadałem z psychopatą?” Są na to sposoby. Można niby to przypadkiem, w ramach gier towarzyskich podsunąć takiej osobie test do rozwiązania. Że niby ciekawy z Gali wycięty, czy co tam. Test nazywa się PCL (Psychopaty Check List). Opracował go niejaki Richard Hare i służy on dzisiaj powszechnie do wykrywania osób w spektrum psychopatii. Angielską wersję znajdziecie tutaj. Wyniki są w skali od 1 do 40. Jeżeli ktoś ma powyżej 30, jest w spektrum psychopatii. Ja mam 28, czyli jestem psychopaciątkiem. Jak już zbadacie swojego rozmówcę tym testem, to dowiecie się nie tylko, że jest psychopatą i że lepiej w tych wyborach, w których startuje na niego nie głosować, ale będziecie też znali inne jego cechy. dowiecie się, że dobrze wykrywa słabe jednostki w grupach; że ich w ich mózgach podczas czuwania pojawiają się fale teta, które u normalsów obecne są tylko podczas snu albo transu (innymi słowy: psychopata cały czas jest w transie) i takie tam.

Jedną z cech, o których mowa jest specjalny sposób, w jaki psychopaci podejmują decyzje leksykalne polegające na składaniu w całość słów z rozsypanych liter. Normalny człowiek, kiedy szybciej składana z rozsypanych literek słowa, które robią na nim wrażenie emocjonalne takie jak „gwałt”, niż słowa neutralne uczuciowo  takie jak „stół”. Ładunek emocjonalny nie robi na nich wrażenia.

To dało mi do myślenia. Myślałem, myślałem i zamiast zostać od tego myśliwym, wpadłem ten rodzaj pomysłu, który ludzie z przedrostkami przed imionami nazywają hipotezą. Hipotezy służą do wyjaśniania. Żeby wyjaśnić czemu odjaniepawla się to czy owo wysuwa się na się co? Hipotezę, z której wynika, że tak, a nie inaczej musi się odjaniepawlać. Taki zabieg zaznaczamy mówiąc: Dzieje się tak, a nie inaczej, BO… i tu następuje hipoteza. Moja hipoteza, na razie robocza, wyjaśniła mi dlaczego stawały mi włosy na głowie, kiedy czytałem mowę Trazymacha i dlaczego tak dobrze szło mi na zajęciach tamtej zimy. 

Popatrzcie na definicję sprawiedliwości, którą przysunął Sokratesowi Trazymach: „Sprawiedliwe jest to, co służy silniejszemu”. To zdanie brzmi frapująco. Gramatycznie i stylistycznie jest normalne jak kolejki w szpitalach i ustawione w gminie przetargi. Jest z nim coś nie tak na zupełnie innym poziomie. Trzeba zwrócić uwagę na słowo „sprawiedliwość”. Normalnie wywołuje ono pozytywne doznania emocjonalne: ciepło nam się kojarzy. Być sprawiedliwym to dobrze. Dobre są sprawiedliwe prawa. Liczymy na sprawiedliwe wyroki w sądach itd. A tutaj… Tutaj sprawiedliwość brzydko wygląda.  Sprawiedliwość, która służy silniejszemu nie może się dobrze kojarzyć. Jeżeli definicja byłaby poprawna, to sprawiedliwe wyroki wydawane byłyby zawsze na korzyść tych, co mają pieniądze i wpływy. Trzymając się litery sprawiedliwego prawa, maluczcy działaliby zawsze na korzyść tych, co nimi rządzą. Bycie sprawiedliwym oznaczałoby prostoduszną naiwność – szkodzenie sobie. Kto, do jasnej anielki, chciałby być w takich okolicznościach sprawiedliwy? Taką definicję mógł wymyślić tylko ktoś, kto nie rozumie, co mówi, albo… nie czuje emocjonalnego sensu słowa „sprawiedliwość”. Otóż to! Ot cała zagadka! Włosy nam stają dęba na głowie, kiedy słuchamy podobnych do Trazymachowych wywodów, bo coś w nas informuje nas, że oto stoimy oko w oko z psychopatą. Macie moją hipotezę. Wyjaśnia ona, dlaczego studentki pedagogiki tamtej zimy tak ostro reagowały na zdania w rodzaju: „Szczęście jest dla słabych”, albo: „O sens życia pytają tylko ciamajdy”. Niepokoiłem je, bo gadałem jak psychol. Moje 28 punktów w skali psychopatii przysłużyły się dydaktyce na tym naszym opolskim UJocie.

Czegoś tu jednak brakuje. Nie wszystko jeszcze się klei. Dlaczego właściwie spotkanie z psychopatą miałoby przyprawiać ludzi o gęsią skórkę i wprawiać ich w niezdrowe podniecenie? I na to pytanie znalazłem hipotetyczną odpowiedź. Mamy oto w naszym mózgu taką część, która nazywa się ciało migdałowate. Ma ono bardzo wiele funkcji, ale zasadniczo pozwala nam się odpowiednio skupić w sytuacjach, gdy pojawia się niebezpieczeństwo. Przez miliony lat najpoważniejszym niebezpieczeństwem, jakie czaiło się na naszych ssaczych przodków były węże – bezszelestni, bezgłośni, czający się w ciemnościach mordercy. Ewoluowaliśmy w obliczu ciągłej grozy rodzącej się w nas na ich widok. Kiedy nasi przodkowie dostrzegali pełzającego w ich stronę węża, zaczynali krzyczeć, tak jak to do dzisiaj robią nasi kuzynowie szympansy. Kiedy szympans zobaczy węża, zaczyna w charakterystyczny sposób krzyczeć, zwołując całe stado. Od węża nie wolno uciekać! Węża trzeba obserwować. Szympansy, które zobaczyły węża, nie mogą oderwać od niego wzroku. Krzyczą i wpatrują się w pełznące niebezpieczeństwo. Potrafią się tak wpatrywać w gadzinę godzinami. Możecie to zobaczyć na tym filmiku.

Co to ma wspólnego z psychopatią? Wydaje mi się, że można przyjąć, że obecność psychopaty wywołuje w naszych mózgach ten sam rodzaj reakcji. Studentka słuchająca moich cynicznych uwag, i ja czytając słowa Trazymacha z I księgi Państwa podzielaliśmy to samo uczucie: To coś jest tak niebezpieczne, że nie mogę przestać na to patrzeć.

To tylko spekulacje, powiecie, Tak, ale jako filozof muszę spekulować – nie znam się na niczym innym. Dowodów nie mam. Nie szkodzi: dowody są tylko w matematyce. Mam poszlaki. Podzielę się na koniec z wami jedną. 

Najbardziej znanym filmowym psychopatą jest antybohater w filmie Milczenie owiec – dr Hannibal Lecter. Przebiegły morderca, który zastawiał sidła na swoje ofiary, a potem zjadał je, popijając chianti. Jim Carrey zapytał kiedyś Anthonego Hopkinsa, jak przygotowywał się do odegrania roli Lectera. Jaką sztuczką aktorską posłużył się dla wywołania takiego piorunującego wrażenia, jakie postać psychiatry psychopaty zrobiła na widzach. Hopkins powiedział, że starał się zachowywać jak wąż. Nie mrugać, odwracać się całym ciałem, wpatrywać się w ofiarę. Zadziałało na tej samej zasadzie, którą wam tu jak krowie na rowie wykładam. Widz nie mógł od niego oderwać wzroku. 

Dzisiaj to na tyle. Czekam na wasze komentarze.

Share This