Córa chora — trzeba jechać do szpitala. Najpewniejsza w takich razach bywa duma i chluba lokalnej medycyny, perła w koronie miejscowego ZOZu — Wojewódzkie Centrum Medyczne.

Zbieramy się i jedziemy. Czekamy, gipsujemy nogę, robimy badania. Jagoda zła. Uszatek musi pomóc, bo Psiej ekipy nikt nie wrzucił na Youtuba. Dajemy radę… Wrażenia dobre: ratownicy medyczni kompetentni i życzliwi, pan w gipsowni kulturalny, ortopeda spokojny i kompetentny. Wszystko w jak najlepszym porządku. Na koniec dostajemy skierowanie do przychodni — kontrola odnóża w poniedziałek. Daliśmy radę.

W poniedziałek o godzinie 6:00 instynkt tacierzyński karze mi się pojawić pod okienkami rejestracji ogólnej WCM. “Przepraszam Państwa, kto ostatni?” — sympatyczny starszy pan we wczesnym stadium emerytalnym podnosi rękę. Siadam i czekam. “Kto ostatni?” — “Ja”. Jestem ósmy w kolejce —tak to już jest z tymi poniedziałkami u lekarza. Coś tam czytam. Dyskutujemy o polityce, piłce nożnej i ZUSie. Jak to w kolejce do lekarza.

O 6:45, siedzący do tej pory kolejkowicze, zrywają się i formują kolejkę. Tutaj pojawia się trudność. Otóż kolejka w pewnych punktach grubieje. Do kolejki próbują dołączyć Zrodzeni ze Spirytusu reprezentanci klasy próżniaczej. Okazuje się, że byli tak nieuważni, że nie zadali na wstępie rytualnego pytania: “Kto ostatni?” i teraz muszą metodą szacowania wmontować się do kolejki. Na oko ocenili, że należą się im miejsca tuż za podium: czwarte i piąte. No i okazuje się, że z ósmego miejsca w kolejce spadłem na dziesiąte.

Zrodzeni ze Spirytusu tworzą dwuosobową parę uporządkowaną. Pierwszym jej elementem jest jednostka typu strachliwy knypek. Zagaduje, próbuje wprowadzać luźną atmosferę — wszystko, byle tylko nie zwrócić na siebie mojej nieżyczliwej uwagi. Drugi element pary uporządkowanej należy do typu ludzkiego, który można określić mianem smętnego wąsa. Otłuszczone metr osiemdziesiąt. Udaje, że lecąca zewsząd ślina to letni deszczyk. Stoi twardo nie zważając na wrogie i kłujące jak szpilki spojrzenia. Ponieważ jakiś czas temu obiecałem sobie, że “nie będą buce pluć mi w twarz”, zasugerowałem smętnemu wąsowi, że próba podejścia do okienka rejestracyjnego przede mną, może skończyć się poważnymi jednostronnymi sankcjami z mojej strony. Efekt odstraszania został osiągnięty i Smętny wcisnął się do okienka tuż za mną, ale przed dziesięcioma ludźmi, którzy byli w ustawili się w kolejce na długo przed jego przybyciem. Trudno. Patologia nie licząca się z granicami, jakie naszemu codziennemu pośpiechowi stawiają dobre obyczaje znowu zwyciężyła. Smętny i Strachliwy zniknęli za horyzontem zdarzeń…

Teraz marsz do przychodni. Pomijam już fakt, że pani rejestratorka poinformowała mnie, że stoję w złej kolejce, a na pytania czemu nie ma żadnej informacji, że rejestracji ogólna nie rejestruje do ortopedy, wzruszyła uroczo ramionami. To pomijam, bo przy rejestracji ortopedycznej kolejki nie było. Nie było kolejki, ale nie było też miejsc do lekarza. Moje tłumaczenia odwołujące się do faktu, że lekarze z WCMu sami nam kazali przyjść w poniedziałek na kontrolę, że dziecko ma prawdopodobnie zbędny gips na nodze, nie pomogły. Ale to też zaakceptowałem ze spokojem, bo rozumiem, że NFZ, że porządek, że nie pani w rejestracji o tym decyduje, że rozbiory, II Wojna Światowa i 40 lat komunizmu. Wszystko rozumiem, wszystkiemu ufam, we wszystkim pokładam nadzieję.

Ostatnia deska ratunku — “Niech Pan zapyta lekarzy czy przyjmą córkę”. Lekarze dyżurują od 8:00 do 15:00 — informuje pani rejestratorka — po ósmej może już się pojawią — dodaje. What? Jak to: po ósmej może się pojawią, to od której przyjmują? — Od ósmej. Bareja wiecznie żywy.

No nic. Czekam wśród pacjentów z powyłamywanymi nogami na pojawienie się medyków. Miejsc w kolejce zabrakło dla dziesięciu pacjentów. Minęła ósma. Upłynął kwadrans, dwa kwadranse. Dwa kwadranse pomnożone przez trzech medyków daje w sumie dziewięćdziesiąt minut zmarnowanego dyżuru, w trakcie których można by przyjąć tych dziesięciu niezałapujących się nieszczęśników, do liczby których zaliczała się moja córka. Minął kolejny kwadrans. Gdyby oczekiwanie na uzdrowicieli było meczem piłkarskim, kończyłaby się już dogrywka.

W końcu są. Biali bogowie dotarli na miejsce. Wchodzę, pytam. — Czy Pan doktor przyjmie moją córkę, bo… — Nie. Nie mam czasu zarobiony jestem. Idę do drugiego. — Czy pan doktor… — Nie! Nie widzi Pan ilu mam pacjentów? — Widzę, ale sam sobie nie kazałem przyjechać na kontrolę w poniedziałek rano do kontroli. — Co ja panu poradzę? — Teraz już nic, ale gdyby panowie przyszli do pracy na czas, to można by przyjąć wszystkich — rzucam bezczelnie, a przez twarz uzdrowiciela przebija niby wspomnienie twarz Smętnego. I nagle uderza mnie ta myśl. Na początku i na końcu mojej przygody spotykam ludzi należących do grupy wykluczonych z normalnego porządku społecznego degeneratów. Tamtych w z kolejki do rejestracji, Strachliwego i Smętnego, od ciężaru dobrych obyczajów uwalniała bieda i tani alkohol. Nie czuli się związani regułami kulturalnego współżycia, bo byli biedni i przepici. Tych z przychodni ortopedycznej od konieczności stosowania się do reguł przyzwoitości uwalniało natomiast poczucie wyższości wynikającej z przynależności do kasty uzdrowicieli i, a może przede wszystkim, pieniądze. Gdyby tych ostatnich nie mieli w nadmiarze, to ich stosunek do bliźnich nie wyglądałby, jak sądzę, aż tak kiepsko.

Pomyślałem ze współczuciem również i o lekarzach, ile zachodu wymaga od białych bogów opłacenie AC za samochody warte pół miliona, albo utrzymanie domku pod Opolem. Nie myślisz o tym — wyrzucałem sobie w myślach — że nie jest łatwo zapracować na utrzymanie auta, które pali 12 litrów na setkę. Mają prawo do ekstrawagancji!

Piszę to wszystko, wiedząc, że to, co piszę jest zapewne w jakiejś mierze niesprawiedliwe. Wiem, że NFZ, że są zabiegi, że są obchody itd. itp. Lekarz odpowiada za pacjentów, lekarz nie może się zanadto spieszyć. Jasne. Ale czy to wszystko uwalnia lekarzy od zwyczajnego “Dzień dobry i przepraszam za spóźnienie”? Czy naprawdę nie można sobie tak zorganizować pracy, żeby nie powstawało wrażenie, że ma się pacjentów głęboko in rectum? Jesteś lekarzu fachowcem? Dobrze. Platon nadał Bogu imię Rzemieślnika — demiurgos. Nie wyciągaj z tego jednak zbyt daleko idących wniosków. W grece starożytnej demiurgos to tyle, co służący ludowi, albo ten, kto robi coś dla ludu. Demiurgosowi przeciwstawiali Grecy idiotesa, czyli kogoś, kto robi coś, co nikomu oprócz niego samego i jego rodzinie nie jest do niczego potrzebne. Pamiętaj więc lekarzu, twoje leczenie nie jest narzędziem, przy pomocy którego zdobywać masz pieniądze na opłaceni żoninych tipsów i wczasów na Majorce. Twoja sztuka ma służyć ludowi. O ile zatem czujesz się bogiem, o tyle jesteś idiotą!

Myślę, że w gruncie rzeczy nie pomylę się bardzo, kiedy powiem, że żule przy rejestracji i lekarze w swoich gabinetach tworzą dwie, w jakimś sensie podobne do siebie, podklasy społeczne. Zarówno członkowie gildii żulerskiej, jak i półświatka lekarskiego uważają, że reguły obowiązujące tzw. normalnych ludzi ich nie obowiązują. Dlaczego? Skąd bierze się żulerski i lekarski bezwstyd? Myślę, że ciekawie rzecz ujął Platon, który w swoim ostatnim, najdłuższym i przez nikogo, oprócz mnie, nie czytanym dziele pt. Prawa (greckie słowo “Νόμοι” pojawiające się w tytule dzieła można by też przetłumaczyć jako “Obyczaje”) pisał:

Prawdę powiada stare przysłowie, że ciężko walczyć naraz z dwoma, i to przeciwnymi sobie rzeczami. Widoczne to jest w chorobach i wielu innych wypadkach. Otóż i my teraz walczyć musimy na dwa fronty, walczyć przeciwko bogactwu i przeciwko biedzie; bogactwu, które pogrążając ludzi w zbytkach psuje ich dusze, i biedzie, która niosąc ze sobą udręki odbiera im poczucie wstydu. Jakiż więc można znaleźć na tę chorobę środek zaradczy w państwie, które się rządzi rozumem?

Bezwstyd charakterystyczny dla biedoty nie obcy jest też lekarzom. No bo co powiedzielibyśmy o normalnym człowieku, nawet normalnym urzędniku, który bez żadnego zakłopotania przyjmuje łapówki od płaczących członków rodzin ludzi, których życia i zdrowia ma bronić, a po godzinach upija się na zjazdach integracyjnych organizowanych przez sponsorujące go korporacje? Bydle!

W przypadku białych bogów nie reagujemy, albo reagujemy słabo. Dlaczego? Bo mają nad nami władzę. Bo kiedy złamiemy nogę, to sami sobie jej nie nastawimy. Bo sami sobie bajpasów nie zrobimy. Bo bez recepty antybiotyków się nie kupi. Musimy się więc godzić na ten cynizm panów, który Sloterdijk określał jako:

wyzbywanie się zahamowań przez możnych tego świata.

Nam, którzy nie jesteśmy członkami żadnego z tych półświatków i nie musimy ani grzebać w śmietnikach, ani w odbytach, pozostaje zachować zdrowy rozsądek i współczucie. Jak wiele łączy Smętnego i Strachliwego z triem ortopedycznym z WCM. Jedni jak i drudzy piją za dużo alkolholu. Dzieci jednych jak i drugich równie często się wykolejają. Nie jest łatwo być ani pod, ani nadczłowiekiem. Ciężko jest lekko żyć!

Zostańmy zatem zwykłymi ludźmi. Tymi, którzy czekają w kolejkach do rejestracji, umierają na zawał i których z latarnią musiał szukać Diogenes na zatłoczonym rynku stołecznych Aten. Ciao!


Share This