Wielu twierdzi, że filozof jest jak wino: im starszy, tym lepszy. Mogę się z tym zgodzić tylko do pewnego stopnia. Niewątpliwie dwudziestoletni szczyl, który przeczytał parę dzieł Nietzschego i wsłuchał kilkunastu wykładów z Historii filozofii nie może posiadać czegoś, co choćby w przybliżeniu mogłoby być nazwane światopoglądem filozoficznym. Filozofia jest sprawą dla dorosłych. W miarę jak twoje młodzieńcze rozlewające się jak wiosenna powódź życie zaczyna być wpuszczane w system kanalizacji życiowej, możesz zacząć odpowiadać na poważniejsze pytania filozoficzne. Wtedy musisz zacząć budować hierarchię wartości, bo nie masz już czasu na realizację wszystkich jak leci. Dolegliwości, takie jak np. ból stawów, który staje się twoją pogodynką wskazującą na możliwe zmiany w układzie barycznym na terenie opolszczyzny i wyłażące na wierzch problemy w relacjach ze starzejącymi się rodzicami, uświadamiają ci prawdziwe znaczenie delfickiego hasła: Poznaj samego siebie. W tym sensie filozofem zostaje się dopiero po przekroczeniu akme — szczytu, który według Greków miał przypadać na trzydziesty piąty rok życia.

Z drugiej jednak strony wieloletnia obserwacja środowiska filozoficznego nauczyła mnie, że filozof po przekroczeniu pewnego wieku przestaje się rozwijać i powoli coraz bardziej przypomina swoją własną karykaturę. Traktuje przeszłego siebie jako postać z podręcznika do filozofii i nawet zaczyna traktować siebie samego z tatarkiewiczowskim dystansem. Wziąwszy to pod uwagę, przestaję się dziwić Sokratesowi, który w wieku lat siedemdziesięciu z takim uporem starał się nakłonić sędziów do skazania go na najwyższy wymiar kary (stwierdzenie: “Bogowie mówią, że i tak jestem najmądrzejszy” nie może przecież uchodzić za strategię obronną). Dlatego właśnie nie chciał uciekać z więzienia, choć wielu jego przyjaciół chciało mu to ułatwić. Niech was nie zmylą głupkowate argumenty u trwaniu na posterunku, czy posłuszeństwu prawom ojczystym. Sokrates chciał umrzeć, bo wiedział co go czeka po siedemdziesiątce: zdziwaczenie i daremne protesty w obronie zdychającej demokracji ateńskiej.

Te i inne obserwacje każą odrzucić mylny pogląd, zgodnie z którym filozof jest jak wino: im starszy tym lepszy. Głupio tak jednak odrzucać jakąś hipotezę nie stawiając choćby na próbę innej. To by było nie fair play. Dobrze więc, powiem wam jak jest naprawdę. Otóż filozof jest jak kiszona kapusta. Za młodu napełnia się cudzymi myślami, a potem dorosłe życie depta go swoimi brudnymi nogami i po jakimś czasie, pod wpływem ciśnień osobistych i zawodowych nasz myśliciel kiśnie, i dopiero wtedy zawartość jego głowy zaczyna się nadawać do spożycia. Hipoteza ta wyjaśnia, dlaczego wielu filozofów na starość gorzknieje i, koniec końców, gnije intelektualnie. Możemy też na podstawie tej hipotezy w formie metafory wyjaśnić jeszcze jeden fakt. Przygotowanie kiszonej kapusty wymaga, jak wiadomo, tego, aby pozbyć się z główki jej twardego sedna, bo nie nadaje się ono do ukiszenia. Dlatego właśnie filozofia to nie jest zajęcie dla głąbów!

Ciao!

Share This