Czerwone Autko tuż po operacji

Kilka dni temu byłem świadkiem dramatu. Siedziałem sobie właśnie w kuchni zajęty pisaniem habilitacji (miejsce mężczyzny jest w kuchni), kiedy z pokoju córki dobiegła do mnie następująca konwersacja: “X: Co ci się stało? Y:Nie wiem. Nic nie widzę”. Treść rozmowy była na tyle niepokojąca, że postanowiłem naocznie przekonać się o przebiegu zdarzeń. Okazało się, że rozmowa toczyła się pomiędzy psem Żółtkiem (nie podpowiadałem, córka sama uznała, że takie rasistowskie określenie najlepiej opisuje pieska odziedziczonego po starszej kuzynce) i Czerwonym Autkiem. Ten ostatni nie miał się najlepiej. Od czasu, kiedy jego właścicielka odkryła, że samochodzik nadaje się do zabawy w wannie (myjnia, mycie zębów itp.) jego stan pogarszał się przyklejone przez chińskie dzieci w obozach pracy oczęta zaczęły podchodzić wilgocią i w końcu, a było to przyczyną dialogu, którego treść przedstawiłem, odkleiły się. Czerwone Autko oślepł.

Żółtek — mimowolny świadek dramatu

Początkowo próbowałem ratować sytuację środkami chirurgii plastycznej, dorysowując Czerwonemu Samochodzikowi oczy ołówkiem. Nie na wiele to się zdało. Córka coraz bardziej zaniepokojona stanem swojego syntetycznego przyjaciela, wpadła w końcu w najczarniejszą rozpacz. Właściwie nie udało mi się jej uspokoić do końca dnia. Leżąc w łóżeczku tuż przed snem upomniała się ze łzami o towarzystwo swojego przyjaciela.

Dla tych, którzy nie lubią suspensu powiem, że udało się Czerwowne Autko pozbierać do kupy przy pomocy kleju i zestawu naklejek. Nie wygląda najlepiej, ale i nie cieszył się dobrym zdrowiem już od jakiegoś czasu. Ponuro odcisnęła się na nim utrata tylnych kół, no i te ciągłe kąpiele. Ale do rzeczy.

Pierwszą moją reakcją na dramat, jaki stał się udziałem córki była następująca konstatacja: Jej rozpacz jest jednocześnie głupia i prawdziwa. Głupia, bo autko kupione za 3 zł w Pepco odlane w jakimś chińskim obozie pracy z pewnością nie było warte kilkugodzinnego płaczu. No, ale rozpacz była prawdziwa, zaniepokojenie stanem pacjenta poddawanego zabiegom rekonstrukcji przedniej maski było autentyczne. Mamy tu więc rozpaczą głupią i prawdziwą jednocześnie. Komórka wpadła ci do kibla po pijaku, masz pryszcza na nosie, zgubiłeś portfel — to wszystko bzdury, które w ostatecznym rozrachunku zupełnie się nie liczą. Człowiek mądry nie przywiązuje do takich rzeczy żadnej wagi i nie nadaje im żadnego znaczenia. Przypomniał mi się cytat, który od zawsze szokuje moich studentów:

Pamiętaj o tym, żebyś przy każdej rzeczy bądź rozweselającej na duszy, bądź przynoszącej pożytek, bądź wzbudzającej upodobanie — zawsze stawiał sobie następujące pytanie: “Czym jest ta rzecz właściwie?” — I tak na przykład, jeżeli dzban budzi w tobie upodobanie, mów sobie: “Dzban jest tą rzeczą, która budzi we mnie upodobanie”. Przeto kiedy ten dzban się stłucze, nie zmąci to w tobie pokoju ducha.

Na razie nie szokuje? Oto przesympatyczna część druga cytatu:

Jeżeli znowu serdecznie całujesz swe dziecię lub żonę, mów sobie: “Całuję człowieka”. Przeto kiedy ten człowiek umrze, nie będziesz rozpaczał.

Epiktet z Hieropolis — znany miłośnik dzbanów

To jest istota stoicyzmu: Wszystkie nasze dramaty nic nie znaczą, więc nie powinniśmy pozwolić, żeby mąciły spokój naszego umysłu. To jest ratio recta, ratio perfecta i orthos logos. To ostatnie wyrażenie lubię tłumaczyć jako “trzeźwy osąd” (dosłownie, a nawet bardzo dosłownie, znaczy ono “poprawny osąd”, albo nawet “prosty tj. nie skrzywiony osąd”.

Gdyby Jagoda czytała Encheiridion zamiast oglądać Psią ekipę, to wiedziałaby, że nie warto się przejmować takimi bzdetami jak rozpadające się zabawki. Rozmawiając z Czerwonym Autkiem powtarzałaby sobie w duchu: “Z kim ja rozmawiam? Z kawałkiem chińskiego plastiku. Przeto gdy ten kawałek plastiku się rozleci, nie zmąci to spokoju mojego ducha”. Wszystko na tym świecie, jest, tak jak ta rozpadająca się zabawka, nic nie warte. To samo tyczy się zdanych lub niezdanych egzaminów, przedłużonych albo nieprzedłużonych umów o pracę, strzelonych lub nie strzelonych rzutów karnych w 1/8 finały Mistrzostw Europy. Jedyną rzeczą jaka ma wartość to to, żeby mieć to wszystko gdzieś i nie tracić spokoju ducha.


Tutaj jednak pojawiła się wątpliwość. Taki Kuba Błaszczykowski na przykład nie przejął się zanadto niestrzelonym karnym, bo, jak wyjaśnił:

W moim życiu już zbyt wiele razy leżałem na ziemi, żeby nie wiedzieć, że trzeba dalej walczyć.

No tak. Jeżeli jesteś w wieku lat 10 świadkiem tego jak ojciec zabija nożem matkę, to potem wieloma rzeczami możesz się już nie przejmować. Ale to nie jest stoicyzm. Tutaj nie jest tak, że wszystko, oprócz spokoju ducha, jest bez znaczenia. Ktoś kto przeżył w swoim życiu dramat podobny do tego, jaki był udziałem naszego prawoskrzydłowego, może nie przejmować się już zanadto stanem konta, kontuzjami, czy telefonami, potłuczonym dzbanem, nawet jeżeli ten dzban był dzbanem z epoki Ming. Może te rzeczy olać, bo posiada skalę porównawczą wyznaczoną przez naprawdę wielkie nieszczęście, które go rzeczywiście spotkało.

Używając logiki stoickiej trzeba by jednak powiedzieć, że i tamto nieszczęście nie miało żadnego znaczenia. Tym, że Zygmunt Błaszczykowski zabił swoja żonę na oczach syna nikt nie powinien się zanadto przejmować. Takie rzeczy się zdarzają. Ale jeżeli tak, to szlag trafia cała skalę, a wykres wartości dla poszczególnych przedmiotów pozostaje niezmiennie płaski na poziomie zerowym.


No więc jak w końcu? Nic nie ma wartości oprócz spokoju ducha, czy może rzeczy mają różne wartości, niektóre nawet bardzo wielkie (np. życie i zdrowie najbliższych), i musimy się tylko nauczyć przejmować rzeczami na stosownie do tej wartości. To pierwsze rozwiązanie można określić jako buddyjsko-stoickie, a drugie jako refleksyjne. No więc co? Które z tych podejść jest lepsze.

Buddha — czyli życie na grubo

Rozwiązanie buddyjsko-stoickie ma jedną podstawową zaletę: jest proste jak drut. Nic nie ma wartości, więc nie ma potrzeby zbytnio się nad niczym zastanawiać. Jest też kuszące z intelektualnego punktu widzenia. Jest sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, może więc spełniać funkcje narzędzia do szokowania maluczkich. “Patrz jak te nieuczone buce przejmują się swoimi pierdołowatymi problemami — mówią stoiccy i cyniccy mędrcy. “My oświeceni filozofowie, neostoicy, cynicy i buddyści wiemy jak bezsensowne są ich starania i jak głupie są ich zmartwienia” — dorzucają inni. “Chodź tu egzaltowany licealisto, zrobimy z ciebie filozofa stoika, cynika, buddystę albo coacha i będziesz mógł się poczuć lepszy i mądrzejszy od innych, jeszcze zanim znikną pokrywające twoją twarz pryszcze. Bądź jak my — my się niczym nie przejmujemy”.

Ale rozwiązanie to ma też poważną wadę. Nie daje mianowicie żadnego narzędzia, które pozwalałoby odróżnić od siebie to, co w życiu ważne, od tego, co można olać grubym sikiem. Bez takich wskazówek możesz się zasadniczo obejść, ale tylko w przypadku, gdy nic ci nie jest, nic nie jest twoim bliskim, masz hajs na koncie i żarcie w lodówce. Filozofia buddyjsko-stoicka może ci się więc na coś przydać, tylko wtedy kiedy właściwie jej nie potrzebujesz. Jest to rodzaj intelektualnego zbytku nadającego się do zabijania wolnego czasu i nudy z nim związanej. Iluż to rzeczami może się nie przejmować człowiek siedzący z piwkiem w basenie znajdującym się w ogródku za domem.

Seneka — jeden z najbogatszych ludzi starożytności — który drażnił ubogich mówiąc im, że właściwie jemu, to na pieniądzach nie zależy

Rozwiązanie refleksyjne ma rzucającą się w oczy wadę, która polega na tym, że wymaga ono myślenia, a w jego stosowaniu pomagają nieszczęścia życiowe. Najbardziej refleksyjni są ludzie doświadczeni życiowo. Nie nadaje się więc ta postawa do promowania wśród egzaltowanych licealistów, dla których największe dramaty życiowe sprowadzają się do problemów z potworami w jaskiniach Minecrafta.

Aby w praktyce zastosować zasady podejścia refleksyjnego nie wystarczy być mędrcem. Mędrcem może być każdy, kto ma kasę na koncie, wódkę w lodówce i przydomowy ogródek. Mędrcem może zostać nawet gimnazjalista, który wyczytał na na kartach sagi Zmierzch, że:

Kolejny dzień dobiega końca. Choćby nie wiem jaki był piękny, jego miejsce zajmie noc.

Bycie mędrcem jest zatem najłatwiejszą sprawą na świecie. Rodzice lekarze, domek pod miastem, włączasz czarną muzę, malujesz paznokcie na czarno i już jesteś głębokim człowiekiem. Możesz też zapisać się do kółka parafialnego i nauczyć się używania takich wyrażeń jak: “transsubstancjacja” czy “teoria analogii bytu”. Pozwoli ci to epatować naiwniaczków ezoteryzmem terminologicznym. Możesz też siadać po turecku i nucić sobie stary buddyjski szlagier “ommmmmmmmmmmm….”

Podejście refleksyjne wymaga czegoś innego. Musisz doświadczać problemów i musisz się nad nimi zastanawiać. Podejście to nie daje ci poczucia bycia lepszym od innych i nie czyni cię w oczach innych kimś wyjątkowym. Stajesz się dzięki niemu zwykłym człowiekiem myślącym. Zwykłym, ale i niezwykłym. Otaczają cię przecież bataliony bohaterów, tabuny celebrytów, no i liczne zastępu mędrców oraz nadludzi:

[…] któż to u nas, w Rosji — jak mówił Porfiry — nie uważa się za Napoleona?


Jeśli o mnie chodzi, to po latach mędrkowania skłaniam się do poglądu, że łatwiej być mędrcem niż zwykłym człowiekiem. Ale cóż z tego? Nadal, w wieku lat 39, płaczę jak moja niespełna trzyletnia córka na chińskimi samochodzikami i rozlanym mlekiem. Na uczłowieczenie w tym życiu raczej nie liczę. Na razie postanowiłem odgrywać przed nią rolę homo sapiens. Będę zakładał maskę człowieka na błazeńską twarz mędrca (czytanego z angielska, przez “k”). Może da się nabrać. Może i ja, zdopingowany jej przykładem, kiedyś też stanę się prawdziwym człowiekiem — człowiekiem skończonym. Strategia ryzykowna, ale żadna inna nie przychodzi mi do głowy. Tymczasem moim ideałem, z pewnością nieosiągalnym, niech będzie, cytowany już, człowiek skończony, figlarny Kohelet — Porfiry Pietrowicz, tutaj sportretowany przez Jerzego Stuhra, w rozmowie z mędrkiem Raskolnikowem:

Ciao!

Share This