Przeczytałem. Zaczynałem z wielkim zainteresowaniem, ale z każdą stroną moje zainteresowanie malało. Książka jest dziwaczna. Autor pisze o lęku w sposób dość nudnawy. Jeżeli to jest książka dla fachowców, a fragmenty takie jak ten: „cielesnoczuciowe obszary kory (korę somatosensoryczną i korę wyspy) oraz obszary podkorowe podwzgórza i nakrywki (obejmujące istotę szarą okołowodociągową)” mogłyby o tym świadczyć, to mnie to nie kręci. Z drugiej strony wnioski jakie płyną z wypoconych analiz są nadzwyczaj (NADZWYCZAJ!) banalne. Nie mówię, że fałszywe. No, banalne po prostu. Przykład:

Osoby lękowe dostrzegają przed sobą problemy i wiodą swoje życie, rozmyślając o scenariuszach najgorszych z możliwych, które często się nie sprawdzają. Wierzą, że martwienie się da im moc realizowania planów, które zapobiegną wydarzeniu się czegoś złego w przyszłości. Jednakże tak jak mózg może nauczyć się być lękowym, tak może też nauczyć się tego, by nim nie być. Choć niektórzy są z natury bardziej lękowi od innych, nieustannie rosnący lęk nie musi być ich przeznaczeniem. Zmiany są zazwyczaj trudne, ale z rozmaitych powodów niektórym trudniej się zmienić niż innym.

I na to ten cały hajs na badania idzie? Matko Bosko…
Czekajcie, powiem wam o co idzie autorowi. Uproszczę to dla was po swojemu.
On mówi tak: Lęk i strach to uczucia właściwe tylko człowiekowi, bo tylko u człowieka lęk biologiczny wytwarza uczucia lęku, które są dla nas przykre. Zwierzęta uczuć nie mają. Mają tylko mechanizm lęku, któremu nie towarzyszy uczucie lęku, bo uczucie lęku zakłada pamięć semantyczną, czyli, że żeby się naprawdę bać, trzeba myśleć. Jak ktoś ma pecha, to może wpaść w pętlę lęku, ale wtedy można mu pomóc przez podawanie psychotropów różnych generacji, wymazywanie wspomnień, odczulanie metodą redukcji reakcji na bodziec, medytację, a najlepiej przez wszystko na raz, tylko w odpowiedniej kombinacji. Ogólnie jak nie chcesz się bać, to oddychaj głęboko, a w razie pogorszenia, zeżryj jakieś valium, a w ostateczności zbierz hajs i jedź do Hameryjki, to ci wymażą wspomnienia i po kłopocie.

Czy warto to czytać? Jeżeli chcesz się zajmować lękiem, to możesz przeczytać. Jest tu przegląd badań, trochę chemii, trochę neurobiologii… Jednak ogólnie książka jest nudna. A czy może być coś gorszego niż nudna książka? Okazuje się, że może: nudna książka, której autor natrętnie promuje płytę swojego amatorskiego zespołu country. No i niestety to jest przypadek tej książki. Panie LeDoux! Nikt nie chce słuchać twojego śpiewu! Pisz Pan ciekawsze książki!

Jak nie wierzycie, to sami zobaczcie jak się szanowany neurobiolog ośmiesza z gitarą w ręku.


I na koniec fragment o medytacji, że jak sie oduczysz być ja, to nie będziesz się bał. Może i trafne, ale znowu banalne:

Twierdzę, że uczucia strachu i lęku są stanami świadomości autonoetycznej, a zatem dotyczą własnego „ja”. Jeśli istotnie obwody neuronalne, które dostarczają pamięci roboczej elementy konieczne do doświadczania tych uczuć, byłyby skutecznie kontrolowane poprzez medytację, „pozbawiony jaźni umysł” nie może czuć strachu czy obaw w znaczeniu osobistego doświadczenia. W konsekwencji długotrwałego treningu można nauczyć się przywoływać taki stan, gdy pojawia się możliwość zagrożenia lub obaw, przerywając tym samym proces poznawczej konstrukcji uczuć strachu czy lęku. Wykorzystując ten rodzaj umysłowej postawy, łatwiej jest nam myśleć i działać w sposób bardziej „świadomy”, „nieosądzający” i umiejscowiony „w teraźniejszości” oraz osiągać korzystne efekty medytacji w zakresie fizycznego i psychicznego dobrostanu

Share This