Miałem ci ja dwóch dziadków. Jeden z nich mieszkał 20 metrów (sic!) od mojego domu i rozmawiałem z nim może z dwa razy w życiu, chociaż umarł kiedy miałem chyba pod 20 lat. Jest to za dziwne na niedzielny poranek, zajmę się tym kiedy indziej.

Drugi dziadek był utalentowanym aktorsko rzeźnikiem. W sumie wydaje się to nie mniej dziwne. Był chłopem z chłopów z przedwojenną małą maturą, czyli był wykształcony na poziomie dzisiejszej habilitacji z pedagogiki. Ze wspomnień mojego stryja wynika, że kiedy dziadek, Stefan mu było na imię, chodził do naszej wiejskiej podstawówki tak bardzo dawał radę w akademiach szkolnych, że z miasta przyjechały pany i namawiali mojego pradziadka Franka, co to nauczył się grać na mandolinie w Kazachstanie, żeby puścił Stefka do szkoły aktorskiej. Dziadek się nie zgodził. Uznał, że wśród różnych możliwych profesji nie ma dla wrażliwego na sztukę chłopca lepszego zawodu niż rzeźnik. I tak to dziadek zamiast wprawiać się w recytowaniu poezji zaczął robić kiełbasy. Trafił do jednego z zakładów rzeźniczych w okolicach Rynku Wieluńskiego i tam wśród opalanych nad dentauratem świńskich nóżek i rozwieszonych na bramach stodół martwych cieląt rozwijał swoje talenty artystyczne. Naprawdę. Tradycja rodzinna przekazała mi w spadku nawet jeden wiersz napisany przez dziadka, który w pięknej formie wyraża cierpienia młodego, okrwawionego terminatora:

List młodego terminatora w zakładzie rzeźniczym do rodziców

Drodzy rodzice, popadłem w ręce rzeźnicze.
Jeść i pić pod dostatkiem, tylko spać pod ukradkiem.
Siedzę przy maszynce i kręce
Co ukręce 
to jęce, 
bo mnie bolą ręce.
A tego stręczyciela niech weźmie jasna cholera!

Cierpiał zatem Stefan. Cierpiał, ale rzeźnikiem został. I to jakim. Zastanawiam się, czy niezwykły smak jego kiełbas, który otulał moje dzieciństwo tłustym, czosnkowym welonem nie był krwawą transkrypcją wierszy, których nie napisał.

Całe moje dzieciństwo było pełne mojego dziadka. Potrafił poświęcić dla wnuków każdą wolną chwilę i każdą kolejkę wódki na rodzinnej imprezie. Bawił, uczył, dostarczał rozrywki. Był człowiekiem poważnym i uśmiechniętym. Tak jak na powyższym zdjęciu.

Umarł na raka przełyku, czyli z głodu.

Ponury morał historii o artyście w pętach z kiełbasy napisało samo życie. Stefan miał trzech synów (i córkę, ale o niej nic na razie, bo ta historia dotyczy tylko chłopców). Każdy z nich odziedziczył cząstkę talentu swojego ojca. Mój ojciec, Stefan syn Stefana, jest wspaniałym opowiadaczem bajek dla dzieci. Stryj Ryszard jest jednym z największych gawędziarzy wśród habilitowanych fizyków ciała stałego. A trzeci? Trzeci odebrał chyba największy udział w artystowskiej puli genetycznej. Grał na gitarze, pisał wiersze, organizował happeningi. Chciał być artystą. Dziadek uznał, że jego talenty rozwiną się najlepiej w technikum górniczym… Czy już wspomniałem, że nie poznałem nigdy Bogdana? Nie chciał iść do wojska. Tak bardzo, że postanowił najeść się leków. Nie odratowali go, a na grobie jest jego zdjęcie, na którym do złudzenia przypomina mojego tatę — w każdym razie mojego tatę sprzed powiedzmy 30 lat. Gdzieś na strychu na tzw. Końcu leżał zeszyt z jego wierszami. Jeżeli kiedykolwiek udałoby mi się do niego zerknąć… Jak zobaczę jakąś zabłąkaną perseidę, to tego właśnie będę sobie życzył.

Share This