Myślałem, że praca naukowa jest jak piękna rzeźba, która musi posiadać harmonijnie zespolone ze sobą części. Że trzeba ją objąć jednym spojrzeniem, a potem pracować dopóty, dopóki się nie ogarnie całości zagadnienia. Na całe szczęście tak nie jest, bo inaczej osiwiałbym i nabawiłbym się ciężkich chorób zanim bym dotarł z pisarskim dłutem do czubka głowy mojego najnowszego opusu. Cotozażycie uratował mi dyrektor mojej placówki macierzystej. A było to tak…

Dobrze czasami wyjść z domu. Wczoraj właśnie wyszedłem, żeby odbyć przymusowy dyżur dla studentów, którzy wcześniej nie doszli na zajęcia (w sensie dosłownym — ale nie innym — dla studentów niedojdów). No i tam oprócz światłych, a szczerze wierzących tomistów i zaciekłych a mocno przepitych scjentystów spotkałem również mojego szefa — człowieka z narodowością zamiast nazwiska. Zacząłem się żalić: spać nie mogę, pisać nie mogę, łeb mnie boli. A czemu to? — zapytał (nie)wstając z kanapy. — Bo habilitację piszę. Napisałem już dwieście stron, a drugie dwieście już wystawia bezkształtny pysk zza horyzontu zdarzeń. A tu dziecko choruje, ciszy nie ma, czasu nie ma… Czuję się jak Lucky Syzyf, który nie będzie musiał wtaczać kamienia jeszcze raz pod górę, bo dostanie zawału przy pierwszym podejściu. — Ile masz stron? — Dwieście. — To kończ to, kurwa! Właściwie ów światły człowiek nie użył tego arcypolskiego wyrażenia, bo jakoś z natury nie potrafi się nim posługiwać. Nie żeby był taki kulturalny. Co to to nie! Po prostu nie ma talentu do przeklinania. Czasami myślę, że zrobił mnie swoim wice tylko po to, żeby miał kto siarczyście zakląć w razie potrzeby. Ale wracam do rzeczy. Ta soczysta, dopowiedziana przeze mnie w ramach obowiązków służbowych “kurwa” podziałała na mnie bardzo orzeźwiająco. Utnę pracę w przy samej wystającej akurat z mojej wirtualnej maszyny do pisania dupie (identyfikuje ten fragment mojej pracy jako dupę, jako że to właśnie ta niepolityczna część ciała znajduje się mniej więcej w pół drogi między stopą o twarzą) wycyzeluję w szczegółach i będę mógł wrócić do życia. Tak to ów światły i niełasy na pochlebstwa przywódca odkrył przede mną tę oto prawdę: Praca naukowa nie jest dziełem sztuki. Nie jest jak rzeźba czy obraz. Przypomina ona w swojej strukturze raczej dżdżownicę, którą można kroić na mniejsze żyjące następnie własnym życiem kawałki. Będzie można w końcu napisać jakiś kilkunastostronicowy artykulik, albo pojechać na konferencję bez obawy, że nie zdążę z napisaniem “TEJ pracy”. TA praca nigdy nie będzie skończona. TA praca to zawsze nieskończone (w obu znaczeniach tego słowa) przedsięwzięcie, a kończyć to, co z natury końca nie ma to robota dla wariata albo św. Augustyna.

Ciao!

Share This