Mój fundamentalny problem polega na tym, że nie mam poczucia, że pod powierzchnią mojej psychiki kryje się jakieś twarde jądro, jakiś ocean spokoju. Wydaje mi się raczej pod powierzchnią zwyczajności zawsze, głębiej lub płyciej, bulgocze lawa, którą określam dwoma imionami, ale nie wiem czy to tylko nie zaciemnia sprawy. Te imiona to Lęk i Gniew. Czasem ta lawa jest głęboko, tak że tylko przeczuwam jej obecność, ale i to przeczucie obecności potrafi zepsuć mi samopoczucie i zakłócić spokój. Czasem lawa jest tuż pod powierzchnią. Wtedy stąpam po powierzchni swojej psychiki jak po wulkanie, a otaczający mnie ludzie zaczynają dostrzegać wydobywające się z krateru dymy zwiastujące wybuch.

Najbardziej niepokoi mnie myśl, że może ta lawa nie jest czymś, co będę potrafił ostatecznie nazwać. Może to pierwotny bałagan, wynik z wadliwej socjalizacji. A może to standardowe wyposażenie ludzkiego życia. Ciągły niepokój, który każe nam podróżować, odkrywać prawa przyrody, wynajdywać coraz to nowe lekarstwa i coraz to nowe trucizny, konstruować bomby atomowe i pisać wiersze. Ale może to Nic? Nic, które się przejawia. Byłoby to wprawdzie nielogiczne (nicujące nic, przeciwstawione istniejącemu czemuś), ale słuszne z metafizycznego punktu widzenia. Nic, które kiedyś było wszystkim. Jedni odczuwają to nic bardziej przed sobą (kiedyś mnie nie będzie) inni za sobą (kiedyś nic nie było), a jeszcze inni, podobni do mnie, pod sobą.

To poczucie przechadzania się o wulkanie musiało mi towarzyszyć od bardzo dawna. Kiedy po raz pierwszy czytałem Biblię, a więc pewnie koło 12–13 roku życia, kilka wersetów zapadło mi tak głęboko w pamięć, że do dzisiaj mam je zawsze pod ręką. Pierwszy z Mądrości Syracha:

Pamiętaj, że chodzisz wśród sideł i na krawędzi murów miasta się przechadzasz.

I drugi z Izajasza tym razem, pozornie z nim nie związany, ale w mojej wyobraźni nakładający się na obraz przechadzania się po krawędzi:

Wyryłem imię twoje na dłoniach rąk obu
I ciągle mam przed oczami twoje obronne mury.

W tym tkwi jakaś nadzieja. Może w końcu uda mi się unieść ponad powierzchnię zdarzeń. Może zostanę w końcu wiatrem. Tak, wiatrem! Kiedyś zadałem sobie samemu pytanie z kwestionariusza proustowskiego: Jeżeli nie byłbyś sobą, to kim lub czymś chciałbyś być? No i od razu przyszło mi do głowy, że chciałbym być wiatrem. Dziwne, bo jak wiadomo wiatr to marność:

Wszystko to wiatr i gonienie za wiatrem — mówi Kohelet.

Nie ma wietrze nic nobliwego, może tylko to, że towarzyszy Bogu przechadzającemu się po Raju (Rdz 3). A tak, to wiatry można nawet puszczać… Może takim właśnie wiatrem zostanę?

Ech, te nobliwe racjonalizacje. Pewnie są ludzie, którzy tego rodzaju niepokojów nie odczuwają, a ja jestem po prostu zwykłym popaprańcem duchowym, który w niewłaściwy sposób oddzielił się od rodziców, albo w inny sposób wstał z kołyski lewą nogą. Powinienem iść do psychiatry i poprosić o receptę na jakiś lek, który zlikwiduje moje życie duchowe. Zostanie porządny obywatel, robotny mąż, przykładny ojciec rodziny.

Tymczasem…


Share This