Wszystkie wielkie demokracje w historii świata miały jedną cechę wspólną — były fasadowe. Tak było za Peryklesa w Atenach, tak było za Kosmy i Wawrzyńca Medyceuszów we Florencji. Brzmi cynicznie, ale to chyba prawda. Jak tylko demokracja chce się stać prawdziwa, obywatelska albo ludowa zaczynają się dziać rzeczy straszne. Giną kolejni Sokratesowie i pojawiają się szaleni mnisi podobni do Savonaroli. A potem jest już tylko gorzej. Myślę, że stoimy u progu takiego właśnie “już tylko gorzej”.

Mnie tam sama reforma nie przeraża. W końcu nasze sądownictwo przykładem rzetelności w świecie nie świeciło. Nie podobają mi się szaleni mnisi. Nie podoba mi się obłęd oczyszczania. Niesamowity fragment z Imienia róży ujmuje sprawę najlepiej (rozmowa ma miejsce podczas procesu Remigiusza):

“Drżał cały, przesuwał dłońmi po habicie, jakby chciał otrzeć z nich krew, o której mówił. „Żarłok na nowo stał się czysty — rzekł mi Wilhelm. — Ale czy to jest czystość — spytałem ze zgrozą. — Pewnie jest i inna — odparł Wilhelm — lecz jaka by była, zawsze budzi we mnie lęk.”
— Co przeraża cię najbardziej w czystości? — spytałem.
— Pośpiech — odparł Wilhelm.”

PS: A taka była fajna demokracja fasadowa za Tuska. No i po co wyjechał z kraju? Wina Tuska!

Share This