O zarzynaniu się dla swoich dzieci (za Sylwianem z Marsylii)

by Niezbity Pies

Każdy szanujący się człowiek zarzyna się dla swoich dzieci. Zarzyna się fizycznie, psychicznie i moralnie. Warto wiedzieć, że jeżeli chcesz się zarzynać dla dzieci, to lepiej zacznij jak najwcześniej. Pamiętaj, że pokłady energii życiowej, kiedy masz dwadzieścia lat, wydają się niewyczerpane, ale wyczerpują się w okolicach czterdziestki. Po czterdziestce dowiadujesz się, że za każdy wysiłek trzeba zapłacić rachunek. I tutaj zasada: im wcześniej trafisz z przemęczenia do szpitala, tym dla ciebie lepiej. Lepiej nie czekać i rozchorować się przy pierwszej lepszej okazji. Na moje szczęście moja żona wysłała mnie tam szybko, po tym jak zobaczyła, że moje ciśnienie skurczowe waha się między 180 a 200. Przyczyna była najbanalniejsza w świecie. Za dużo stresu rozmasowywanego alkoholem, za dużo kawy, za mało snu. Udało mi się trafić przed oblicze medycznej sprawiedliwości, zanim zdołałem sobie poważniej zaszkodzić. Wyrok był w sumie dość lekki: zakaz picia alkoholu.

Może zbyt lekki? Zbyt lekki, bo po jakimś czasie przyszła na świat moja druga córka, który to fakt stał się usprawiedliwieniem powrotu na drogę zbrodni przeciwko naturze własnej i naturze ludzkiej w ogólności. Znowu postanowiłem się zarzynać. Od ósmej do szesnastej w pracy, potem trochę opieki nad dziećmi, kolacja, usypianie dzieci i w końcu kilka godzin przed komputerem, żeby przygotować się na jutro. W weekendy praca w domu, w tygodniu poza domem i w domu. I tak minął mi kolejny semestr. W pewnym jego punkcie pojawił się w moim przeciążonym serduszku promyk nadziei na przedwczesny zawał (o ile zawał po czterdziestce można uznać za przedwczesny), który zakończy ten żenujący spektakl.

Ale wszystko przemija – nawet najdłuższa żmija. Semestr się skończył z mocnym przytupem złych wiadomości. Przedsięwzięcie, któremu poświęciłem ostatnie sześć lat życia, raczej się nie powiedzie. Czuję się coraz słabszy, coraz starszy i coraz mniej pewny siebie. Kiedyś wierzyłem w swoją szczęśliwą gwiazdę.  Teraz już nie wierzę. Teraz muszę już tylko zrobić wszystko, żeby dożyć chwili, w której moje dzieci nie będą musiały na mnie polegać. Zostaną po mnie dwa mieszkania, które może uda mi się do tego czasu spłacić, trochę niezredagowanych porządnie tekstów na dnie szuflady. Mnie się nie udało, ale może córki okażą się rozsądniejsze i lepiej ułożą sobie życie. Ja skręciłem gdzieś kiedyś w nie tę uliczkę, co trzeba, a teraz już za późno, żeby zawracać. Życie ma swoją bezwładność, która nie pozwala na powroty na rozstajne drogi, na których kiedyś już raz źle wybraliśmy dalszą trasę. Trzeba iść do końca.

Może moje dzieci będą lepiej wybierać. Może. Ale czy wolno mi mieć na to nadzieję? W końcu nie tylko mieszkania odziedziczą. Zostawię im też moje wady charakteru, moje nerwy po powrocie z pracy, moje lęki, które sam przejąłem od moich kochających rodziców tak jak ja bezradnych wobec żywiołu życiowego.

[…] niemal wszystkie dzieci – pisał Salwian z Marsylii – obejmują po rodzicach nie tylko majątki, ale i wady; otrzymują nie tylko ojcowskie mienie, ale również nieprawość. W ten sposób, przejmując zawsze obyczaje rodziców, pierwej wchodzą w posiadanie ich nikczemności niż majątku. Dóbr bowiem rodziców nie przejmują wcześniej niż po ich śmierci, a obyczaje — za ich życia i zdrowia. A zatem zanim obejmą ojcowski majątek, mają w duszach samych ojców; zanim zdobędą te rzeczy, które błędnie nazywa się dobrami, mają już te, które słusznie uznaje się za zło.

Sylwian z Marsylii Ad Ecclesiam

Miał rację. Dzieci przejmują wady rodziców, na długo przed tym, nim przejmą ich nieruchomości. Ja już teraz widzę w mojej starszej córce moje własne wady, a przede wszystkim mój grzech główny: bujanie w obłokach. Jej, tak jak mnie, do szczęścia wystarczy ulubiona muzyka i świat własnych fantazji. Czy będę umiał jej pomóc przezwyciężyć tę słabość? Jak? Przecież sam sobie z tym nie poradziłem. Zamiast pracować nad sobą, pracowałem po prostu. I to źle pracowałem. Pracowałem bez planu i bez porządnych reguł. Nie potrafię wypoczywać, nie potrafię oderwać się od pracy. Uciekam w pracę, która powoli mnie niszczy i która, co do tego nie mam już złudzeń, nie ma większego sensu. Po fantazjowaniu przyszło rozczarowanie. Marzenie zrodziło pustkę. Teraz kończę to pisanie, bo budzi się młodsza córka i będę musiał zacząć udawać, że sobie radzę. I może nawet sobie poradzę.

You may also like

Leave a Comment