Jedni filozofowie piszą w taki sposób, żeby nawet krowa na rowie mogła strawić treść ich rozważań. Inni piszą tak, że nawet ludzie z największą ilością tytułowych przedrostków przed nazwiskami dostają zatwardzenia. Pisarstwo Sloterdijka daje czytelnikowi coś w rodzaju dającego ulgę rozwolnienia myślowego. Niemiecki neocynik to specjalista od intelektualnej lewatywy. Wypowiada myśli, które aż się proszą o wypowiedzenie, i to w sposób, który daje poczucie instelektualnego odprężenia. Czytając jego książki (bo są to książki, a nie, tfuu! prace naukowe), doznajesz poczucia ulgi: wreszcie ktoś to ujął w sposób, na jaki ta rzecz zasługuje. Posłuchajcie np. tego fragmentu Pogardy mas:

W tym sensie poczucie Hitlera, że ucieleśnia przeznaczenie, jest adekwatne do jego roli w kontekście dziejów medialnych. Pospolity narcyzm znaw nim wymiar sceniczny. Dla ludzkiej rzeszy urzeczywistniło się w nim i dzięki niemu marzenie o wielkim sukcesie bez żadnego wysiłku. Ponieważ mógł skupiać w sobie bezsenność marzeń najróżniejszych grup, przyciągał ludzi z wielu stron. Tylko jako wielopospolite medium mógł stanowić wspólny mianownik cząstek swojej drużyny. Brat Hitler wyciągał dłoń do wszystkich, którzy chcieli urzeczywistniać los w imię w łasnych korzyści. Kto był gotów zapomnieć o tym , co widział, by łatwiej fantazjować o Ratowniku, a nawet o „zbawcy kultury”, którego zwiastowali Gruzini, mógł pod tą maską widzieć, co tylko zechciał. Nawet jeśli masy nie potrafiły same rozpoznać, że mają przed sobą perwersyjną marionetkę, opancerzonego koprofaga, impotentnego pieszczocha o jawnie samobójczych skłonnościach, to jednak jego histeryczne, gminno-megalomańskie i komedianckie rysy były od początku publicznie widoczne. Dlatego dokumentacja zdjęciowa jeszcze dziś więcej mówi o nim niż tysiącstronnicowe biografie. Widzimy go zawsze, jak pozuje dla zaspokojenia złudzeń mas; gdzie brak pozy, pozostaje tylko czczość pozbawionego charakteru, gniewnego medium. Hitler, soczewka złudzeń i hipnopolityk, nie był pod żadnym względem szczególnie uzdolniony, w żadnym aspekcie nie był osobowością twórczą. Do jego skukcesu wystarczyło, że potrafił być adresatem narodu. Nikt, kto miał dość cierpliwości, by przyjrzeć się dokładnie, nie mógł się dopatrzyć się w nim jakichkolwiek talentów […]

Czy nie utrafia on tutaj w przysłowiowe sedno celu? Czy nie sprawia wam to ulgi intelektualnej?

Taka jest też jedna z jego nowszych książek Nietzsche Apostoł z 2016 roku.

Teza główna jest mniej więcej taka: 
Język jest w swojej najgłębszej istocie narzędziem narcyzmu grupowego. Służy do wylizywania brązowego oka tłumu, gdy tłum jest przy władzy. Jeśli rządzi monarcha — radośnie pieścimy nim monarsze hemoroidy. Tę prawdę odkrył Nietzsche, a odkrywszy, uczynił z niego narzędzie narcystycznej autostymulacji analnej.

W epoce, w której każdy chce mieć poczucie suwerennej władzy nad sobą, język staje się narzędziem budowania lajfstajlowej marki. Nietzsche jest pierwszym mistrzem autopromocji. Zbudował własny brend filozoficzny. Uczynił ze swojej wąsatej gęby mema, który stał się trwałym składnikiem XX i XXI wiecznej kultury masowej:

Tematem XX wieku jest autoreferencyjność, zarówno w sensie systemowym, jak i psychologicznym. Tylko systemy autoreferencyjne są systemami autologicznymi i autopanegirycznymi. Autor Nietzsche domyślił się tego najwcześniej. W swoim zrozumieniu, a raczej intuicji, stworzył w swoim życiu warunki do dwukrotnego pośmiertnego sukcesu: wpisał swoje nazwisko na listę klasyków, które w całej kulturze są przekazywane jako punkty odniesienia dla uznania i krytyki.[Nietzsche Apostle s. 68].

Marka “Nietzsche” jest symbolem autoerotycznej typu osobowości, która zasiedliła youtuby, facebooki, twittery i snapczaty. Jest pierwszym wielkim trend-designerem doby indywidualizmu i jako taki reprezentuje właściwe dla niej praktyki analnej penetracji followersów przed influencerów:

Zainteresowania Nietzschego skierowane są na teorię penetrującej penetracji, etykę wpływania, wnikania i wkraczania w innych, logikę absorpcji i nowego promieniowania [Też tam, 79–80].

Twórczość Nietzschego to orgia, do której zaproszeni są wszyscy i nikt. On sam jest biseksualną gwiazdą penetrującą swoimi promieniami wrażliwe na pochlebstwa części naszej ponowoczesnej zbiorowej duszy:

Na poziomie intelektualnym jest radykalnym biseksualistą, gwiazdą, którą trzeba penetrować, oraz słońcem, które penetruje i “zwycięża”. Jestem wniknięty, tam jestem, ja w tobie promieniuję, więc ty jesteś. Seksualizując słońce, odwraca kierunek naśladowania i zmusza słońce, aby stało się naśladowcą ludzi, pod warunkiem, że jednostka jest autorem — to znaczy takim, który jest przeniknięty językiem, muzyką, głosem, który szuka uszu i je urabia. [I znowu tam, s. 80]

Taka to wizja Sloterdijkowa. W czasach odradzania się faszyzmów warto się jej przyjrzeć, bo:

[…] pod względem proceduralnym faszyzm jest niczym innym jak wtargnięciem popu i kiczu-procedur do polityki [Wiadomo gdzie, s. 69].

Moja ocena książki: Pięć psich łbów. Bardzo, bardzo dobra!

Share This