Niemal wszyscy Polacy mają problem z alkoholem. Jak pisze poeta:

Chyli się Polska w trudne czasy 
Przed bóstwem wódki i kiełbasy.
I przed płaczami i po płaczach 
Po prasłowiańsku się zatacza, 
I z czkawką licząc swe ubóstwo 
Racji do chluby widzi mnóstwo.
[Czesław Miłosz, Traktat moralny]

I ja też nie mogę przestać pić. Nie zasypiam w rowach melioracyjnych, nie nocuję na klatkach. Ba, nawet się nie upijam. Ot, jakiś drink albo dwa wieczorem po ciężkim dniu pracy, dwa razy w tygodniu. Taki alkoholizm lajtowo-mentolowy, na który cierpi 95 procent populacji naszej hiperkatolickiej ojczyzny.

Powiedziałem, że mam z tym problem? A nie — to już nieaktualne. Udało mi się go pozbyć bez wykonania 12 kroków i bez przemowy rozpoczynającej się od słów: “Nazywam się Marcin…”. Zapytacie jak zdołałem tego dokazać? Co robię podczas spotkań z pijącymi znajomymi? Jak odpowiadam na uwagi w rodzaju: “Kto nie pije ten donosi”? Ano, znalazło się rozwiązanie. Opatrzność zesłała mi wątrobę w stanie umożliwiającym pani doktor radiolog porównanie mnie do gęsi utuczonej na potrzeby produkcji pasztetu strasburskiego. Jak może wiecie gęsi tego rodzaju są przymusowo karmione przez rurę wtykaną im głęboko w gardła, co prowadzi do tego, że ich wątroby przerastają tłuszczem i nadają się do przyrządzania rzeczonego pasztetu, zwanego w kręgach ludzi na poziomię “fois gras” (czytaj: fłagra). Moja wątróbka nadaje się zatem na foie gras, ale nie nadaje się już do rozkładania dużych ilości tłuszczu i nie będzie w stanie dłużej znosić stresu oksydacyjnego wywołanego przez alkohol.

Z faktu, że moją wątroba nadaje się na fois gras, nie wynika jednak, że taką właśnie rolę jej przeznaczę. Mam dla niej ciekawszą misję. Ten otłuszczony narząd wewnętrzny będzie od teraz moim przewodnikiem duchowym i coachem pesonalnym. Poprowadzi mnie prostą drogą do cnoty, tak abym bez zbędnego uzasadnienia metafizyczno-episemologicznego mógł unikać nie tylko picia alkoholu, ale również słodyczy i tłustych potraw. W ten sposób Opatrzność doprowadzi mnie prostą drogą do doskonałości, jakiej nie osiągnąłbym zapewne przy pomocy wymówek w rodzaju: “Nie piję, bo prowadzę”, “Nie piję, bo obiecałem dzieciom, że w tym roku nie skoszę choinki potłuczoną półlitrówką”, “Nie piję jak Hitler i Trump”. To wszystko wymówki dla amatorów (mądrości?). Jak już dziś mogę powiedzieć z dumą: “Nie piję, gdyż mam stłuszczoną wątrobę, tada!”. Nikt nie zaprotestuje. Każdy świadomy siebie samego czterdziestolatek pogładzi czule swój własny brzuch i w skrytości ducha będzie mi zazdrościł, że zdołałem się wykręcić ze wszechsłowiańskiej alkoholowej samsary, w której przeplatają się ze sobą fazy: “Po szklanie i na rusztowanie” i “Pierdolę, od dzisiaj nie piję”. Osiągnąłem nirwanę!

Share This