Tukidydes opowiada dzieje bitwy pod Przylądkiem Rion

by Niezbity Pies

Cyceron uważał, że najwyższą formą twórczości retorycznej jest opowiadanie historii. Za wzór swoim uczniom stawiał historyków greckich, wyrażając się z lekceważeniem o ich rzymskich naśladowcach. Dał temu wyraz w jednym z dzieł poświęconych sztuce wymowy:

– Powiedz […] – zapytał Antoniusz – jak wielkiego mówcy i jak bardzo biegłego w sztuce wymowy człowieka trzeba według ciebie, by napisać dzieło historyczne?
– Jeśli ma pisać jak Grecy, powinien być najwybitniejszy, jeśli jak nasi rodacy, w ogóle nie musi być mówcą. Wystarczy, żeby nie był kłamcą.
Cyceron, O mówcy II, 51

Dla Cycerona nie kłamać o historii to za mało. Opowiadanie dziejów jest czymś, co od niepamiętnych czasów spajało wspólnoty, a co ma spajać – musi być czytane; co zaś ma być czytane, musi być piękne. Być może złe zdanie, jakie Cyceron miał o historykach rzymskich stanie się bardziej zrozumiałe, jeśli uświadomimy sobie, że pierwszy wielki historyk języka łacińskiego Tytus Liwiusz miał w chwili śmierci Cycerona zaledwie dwanaście lat. Liwiusz był sam nauczycielem retoryki i pisał swoje dzieło pod wpływem nauk Cycerona, a wzorował się na Grekach. Minie jeszcze przeszło sto lat, zanim powstaną dzieła Publiusza Korneliusza Tacyta…

Jeśli historyk ma się wzorować na greckich mistrzach, to którego z nich przede wszystkim powinien brać przykład? Czy ma zacząć od ojca historii Herodota? Ten jednak jedynie uczynił początek „[…] ozdabiając [dziejopisarstwo] kunsztownymi słowami” [II 55]. A może od żołnierza pisarza Ksenofonta autora słynnej Anabazy? I tutaj pojawiają się wątpliwości, bo Ksenofont jest pisarzem nierównym. Tworzył małe arcydzieła, z których najbardziej znana jest właśnie Anabaza, ale potrafił też zanudzać czytelnika przez całe księgi, przez które ów musiał się przedzierać, zanim do owych małych klejnotów się dokopał. Czyje dzieła zatem powinno się czytać? Zdaniem Arpinaty największym mistrzem słowa wśród historyków greckich był Tukidydes:

Cechuje go taka gęstość treści – pisze Cyceron – że liczba słów niemal zrównuje się z liczbą przekazanych w dziele myśli, ponadto jego słownictwo jest tak właściwie dobrane, a zdania treściwe, że nie wiesz, czy to treść dodaje blasku formie, czy też słowa myślom [II 56].

Kto czytał Wojnę peloponeską, wie, że w opinii Arpinaty nie ma żadnej przesady. Ideał, jaki stawia przed nami Cyceron wskazując na Tukidydesa jest ideałem klasycznym: słowo ma wyrażać myśl i ją zamykać, tak, żeby nie dało się wsadzić edytorskiej szpilki pomiędzy słowo, a myśl samą. Słowo musi być właściwe i nie należy kończyć pracy nad zdaniem dopóki nie znajdzie się wszystkich właściwych słów i tylko właściwych, bo, jak pisał Mark Twain, różnica między słowem właściwym, a słowem prawie właściwym jest taka, jak pomiędzy robaczkiem świętojańskim a błyskawicą.

Aby docenić mistrzostwo autora Wojny peloponeskiej, warto zestawić to dzieło z dziełem Ksenofonta pod tytułem Historie greckie, stanowiącym kontynuację niedokończonego dzieła Tukidydesa, który urywa swoją relację ze zmagań Ateńczyków ze Spartanami na wydarzeniach roku 411 przed Chrystusem. Ten, kto przeczyta oba dzieła, będzie miał przed oczami dzieło artysty zestawione w dziełem rzemieślnika. Na czym ów artyzm polegał? Wyliczanie cech stylu autora Wojny peloponeskiej na niewiele się tu przyda. Kto nie słuchał dzieł Bacha, ten  nie pojmie jego geniuszu, nawet jeśli przeczyta wszystkie dzieła muzykologiczne, jakie o nim napisano. Podobnie jest z Tukidydesem. Kto go nie czytał, ten nie zrozumie zachwytów Cycerona.

Kto nie ma czasu na przeczytanie całej Wojny peloponeskiej, niech nie upada na duchu, bo największe dzieła są jak wino: aby sprawdzić, czy są dobre, nie trzeba wypijać całej beczki, a wystarczy wziąć jeden łyk. Jeżeli ktoś chce skosztować Tukidydesowego wina, to może zacząć od opisu bitwy pod Przylądkiem Rion. Nie jest to fragment najbardziej znany. Nie cytuje się go z pewnością tak często, jak na przykład słynnej Mowy pogrzebowej, którą Tukidydes włożył w usta Peryklesa, albo opisu zarazy, jaka opanowała Ateny w pierwszym roku zmagań wojennych. Myślę jednak, że właśnie ten fragment wart jest przytoczenia, jako próbka geniuszu jego autora.

Nie obejdzie się bez kilku słów wstępu, które muszą zastąpić narracyjny kontekst.

Bitwa pod Przylądkem Rion nie była jedną z wielkich bitew decydujących o losach greckiego świata. Miała jednak swoją wagę. Stoczyły ją okręty ateńskie u wejścia do Zatoki Korynckiej, która przecina Grecję w poprzek, oddzielając jej część kontynentalną od Półwyspu peloponeskiego, odcinając od siebie dwie zwaśnione krainy. Kto kontrolował tę zatokę, kontrolował dostęp do Koryntu. Z Koryntu do Aten było niebezpiecznie blisko…

Latem 429 roku przed Chrystusem flota Spartańska rozpoczęła operację przejmowania przyczółków ateńskich na wybrzeżach zatoki. Celem najważniejszym był, jak się wydaje, port w Naupaktos, który leżał u wejścia do zatoki, a broniła go flota ateńska w sile dwudziestu trójrzędowców pod dowództwem stratega Formiona. Flota Lakońska, licząca czterdzieści siedem okrętów, wpłynęła do Zatoki Korynckiej i po krótkim rajdzie po wybrzeżu zawróciła, aby wzdłuż jej południowego wybrzeża dopłynąć do łączącej zatokę z morzem cieśniny, przez którą wypłynąć można było na wody Morza Jońskiego. Okręty Ateńczyków śledziły ruchy floty spartańskiej, płynąc wzdłuż północnego wybrzeża zatoki. Spartanie nie obawiali się chyba zanadto ataku, polegając na własnej przewadze liczebnej. Źle ocenili przeciwnika. Formion, gdy chodzi o sztukę dowodzenia flotą wojenną, był uosobieniem Ateńskiego fachowca – demiurga. Słowo demiurgos oznacza klasycznej w grece kogoś, kto potrafi porządnie wykonywać pracę pożyteczną dla wspólnoty (demos). Jego przeciwieństwem zaś jest obibok, który nie potrafi rodakom służyć ani radą, ani pomocą. Grecy określali takiego gagatka jeszcze dziś wiele mówiącym mianem idioty (idiotes). Formion był prawdziwym fachowcem. Wiedział, jak należy prowadzić wojnę na morzu.

Taktyka wojenna Greków na lądzie opierała się na operowaniu formacją określaną mianem falangi. Kluczowa dla tego sposobu wojowania była zasada utrzymywania szyku bitewnego. Piechurzy ustawieni byli w szeregach, których liczba wahała się od ośmiu do szesnastu. W starcie zaangażowane były jedynie dwa pierwsze szeregi, zaś pozostałe, napierając na nie, tworzyły siłę przełamującą. Żołnierze, napierając, ochraniali się nawzajem w ten sposób, że lewą częścią swojej tarczy (hoplon) osłaniali stojącego obok towarzysza. Śmiertelnym, niewybaczalnym i karanym śmiercią grzechem było porzucenie tarczy i zerwanie w ten sposób ciągłości szyku. Hoplita (dosłownie: tarczownik) miał prawo wrócić z bitwy albo z tarczą na ramieniu żywy, albo na tarczy martwy. Dla określenia tego szyku bojowego używali Grecy słowa kosmos, znaczącego tyle, co porządek. Kto ów porządek złamał, stawał się postawionym poza obrębem wspólnoty potępieńcem. Etosowi hoplity dał wyraz w słynnej elegii Tyrtajos:

Rzecz to piękna zaprawdę, gdy krocząc w pierwszym szeregu.
Ginie człowiek odważny, walcząc w obronie ojczyzny;
Kiedy atoli swe miasto i ziemię żyzną porzuca,
Wnet żebrakiem się staje — los to najgorszy ze wszystkich
— Jako że z miłą swą matką i z ojcem staruszkiem się błąka,
Dzieci maleńkie przy sobie mając i prawą małżonkę.
Wówczas wrogość go wita wśród ludzi, do których przybędzie
Przed niedostatkiem uchodząc, biedą nieszczęsną trapiony,
Hańbą rodzinę okrywa, zeszpecą wygląd swój świetny,
Wszelka niesława a także zło tuż za nim podąża.
Skoro więc błędny wygnaniec żadnego nie budzi współczucia,
Żadną czcią się nie cieszy, przyszłość też rodu niweczy,
Walczmy mężnie w obronie tej naszej ziemi i dzieci,
Choćbyśmy zginąć musieli, życia swojego nie szczędźmy.
Nuże, młodzieńcy, walczcie, a jeden przy drugim niech wytrwa.
Myśli o szpetnej ucieczce nic dopuszczajcie, ni strachu,
Ale sercom w swych piersiach przydajcie wielkości i męstwa,
Lęk przed życia utratą, z wrogiem się starłszy, odrzućcie,
[…]Zatem niech każdy wytrwa w rozkroku stając, a obie
Nogi niech oprze o ziemię mocno, i zęby zaciśnie.

Mistrzami falangi byli Spartanie i teraz kiedy w wąskiej gardzieli pod przylądkiem Rion nieuchronnie zbliżali się do floty przeciwnika, postanowili z niej skorzystać.

Czym innym jest jednak walka na lądzie, a czym innym starcie na morzu. Czym innym jest samemu stawać w szyku i nie cofnąć się stojąc z zaciśniętymi zębami twardo na nogach, a czym innym manewrować wielkim trójrzędowcem ze stu pięćdziesięcioma ludźmi na pokładzie. Synowie Sparty nie mieli tego, co dla prawdziwego fachowca najważniejsze – doświadczenia (empeiria) w prowadzeniu bitwy morskiej. Ustawili swoje okręty szyku na kształt gwiazdy z ciężkimi okrętami bojowymi na zewnątrz. Miały one ochraniać mniejsze jednostki z wnętrza formacji. I tutaj, tak jak w przypadku starcia na lądzie, kluczową sprawą było utrzymywanie porządku. Ale czas najwyższy oddać głos Tukidydesowi:

Peloponezyjczycy ustawili swe okręty w wielki krąg rufami do wewnątrz, a dziobami na zewnątrz, ażeby nieprzyjacielowi uniemożliwić przebicie się. W środku kręgu umieścili małe statki i pięć najszybszych okrętów, ażeby te jak najprędzej mogły się zjawić w miejscu zagrożonym przez nieprzyjaciela. Ateńczycy zaś, ustawiwszy okręty jeden za drugim, opływali krąg nieprzyjacielski i ścieśniali go coraz bardziej, płynąc stale bardzo blisko i wywołując wrażenie, że lada chwila przypuszczą atak. Formion jednak zabronił atakować, dopóki nie da hasła. Przewidywał bowiem, że flota nieprzyjacielska nie utrzyma swego szyku tak jak wojsko lądowe, lecz że okręty zaczną na siebie wzajemnie wpadać i że małe statki wewnątrz kręgu doprowadzą do zamieszania. Liczył na to, że jeśli zerwie się, jak zwykle rankiem, wiatr od zatoki, na co właśnie czekał, Peloponezyjczycy ani przez chwilę nie utrzymają swych pozycji; sądził, że decyzja ataku leży całkowicie w jego ręku, gdyż miał lepsze okręty, i że najkorzystniejszy będzie moment, w którym się wiatr zerwie. Kiedy więc powiał wiatr i okręty nieprzyjacielskie, ścieśnione już na niewielkiej przestrzeni zarówno pod wpływem wiatru jak i naporu małych statków znajdujących się wewnątrz kręgu, zmieszały szyki, kiedy jeden okręt wpadał na drugi i musiano się żerdziami od siebie odpychać, kiedy wśród okrzyków ostrzegawczych i wyklinań nie słychać było ani komendy, ani haseł dla wioślarzy, kiedy niewprawna załoga nie potrafiła wiosłować na wzburzonym morzu i wskutek tego sternicy nie mogli kierować okrętami — w tym to momencie Formion daje hasło i Ateńczycy zaatakowawszy nieprzyjaciela zatapiają najpierw jeden ze statków dowództwa, a następnie wszystkie inne, jakie dopadli; wskutek zamieszania nikt z Peloponezyjczyków nie myślał o oporze, wszyscy uciekli do Patraj i Dyme w Achai. Ateńczycy zaś puściwszy się w pościg zdobyli dwanaście okrętów, załogę peloponeską zabrali na pokład i odpłynęli do Molikrejon. Koło Rion wznieśli pomnik zwycięstwa, jeden okręt złożyli w ofierze Pozejdonowi i odpłynęli do Naupaktos.
Wojna peloponeska II 83-84

Czy poczuliście niepokój wodzów spartańskich w chwili gdy zrozumieli, że wpadli w potrzask? Czy słyszeliście plusk wody i odgłosy wpadających na siebie w coraz większym zamęcie okrętów? Czy zobaczyliście spokojnego i pewnego swej sztuki Formiona, który szybko zrozumiał, że zamknął wroga w pułapce, z której ten nie może już uciec? A w końcu, czy zobaczyliście łunę ze spalonego w ofierze okrętu i odpływające spokojnie na północ Ateńskie okręty? Tak, to on. Pisarz, w którego dziele żadne słowo nie łamie szyku i każde jest równie ważne – niedościgniony w sztuce opowiadania Tukidydes. Nie ma tutaj właściwie żadnych figur, którymi za zwyczaj karmi swoich słuchaczy retoryka. Jest za to ów klasyczny spokój. Owo niby nic, dzięki któremu przechodzi się do historii literatury. Uwagę przyciąga jedynie obszerna anafora w centralnym fragmencie opowiadania:

Kiedy więc powiał wiatr i okręty nieprzyjacielskie, ścieśnione już na niewielkiej przestrzeni zarówno pod wpływem wiatru jak i naporu małych statków znajdujących się wewnątrz kręgu, zmieszały szyki, kiedy jeden okręt wpadał na drugi i musiano się żerdziami od siebie odpychać, kiedy wśród okrzyków ostrzegawczych i wyklinań nie słychać było ani komendy, ani haseł dla wioślarzy, kiedy niewprawna załoga nie potrafiła wiosłować na wzburzonym morzu i wskutek tego sternicy nie mogli kierować okrętami…

Widać jak kunsztownie Tukidydes buduje napięcie i doprowadza opowiadanie do punktu szczytowego (climax), w którym następuje opis ataku na okręty Spartan. Opowiadanie wznosi się, a potem opada. Niczego więcej nie trzeba.

Na przylądku Rion leży dzisiaj miasteczko Rio spięte dwu i pół kilometrowym mostem z leżącym na przeciwległym brzegu Antirion. Jeżeli kiedyś tam dotrzecie, nawet jeżeli będzie to podróż palcem po mapie google, pomyślcie o Tukidydesie. Jest mu to potrzebne, bo był poganinem i smaży się w piekle razem z Cyceronem.

You may also like

Leave a Comment